Paul der Komponist

Mathis
Podczas ostatniej majówki tradycyjnie jak Polska długa i szeroka w całym kraju zapłonęły grille. Ja zaś – całkiem wyjątkowo – w tym samym czasie udałem się do Drezna, by zobaczyć jak płoną książki. A właściwie obraz. Powodem była premiera opery Paula Hindemitha „Mathis der Maler” w drezdeńskiej Semperoper. O ile symfonia „Mathis der Maler” weszła do repertuaru sal koncertowych, o tyle opera pod tym samym tytułem jest stosunkowo rzadko wykonywana. Kiedy więc dowiedziałem się o premierze w niedalekim Dreźnie, bez wahania kupiłem bilet i wsiadłem w pociąg łączący stolice Śląska i Saksonii.

Opera Hindemitha traktuje o roli sztuki i artysty w świecie targanym przez społeczne i polityczne konflikty. Kompozytor pisał ją w trudnych czasach początków III Rzeszy. Przesłanie dzieła – apel o wolność twórczą – nie umknął nazistowskiej cenzurze i ukończone w 1935 r. dzieło przed wojną nie doczekało się niemieckiej premiery. Ten autobiograficzny wątek staje się kluczem do odczytania inscenizacji Jochena Biganzoliego. Już w pierwszej scenie widzimy towarzyszącą tytułowemu bohaterowi, malarzowi Mathiasowi von Grünewald, kobietę, która rozbiera się i wchodzi do wanny. Do oczywista aluzja do opery „Neues vom Tage” Hindemitha, w której naga wokalistka śpiewa w wannie arię o dobrodziejstwach wodociągów. Nagość na scenie pod koniec lat 20. XX wieku jeszcze szokowała, a na „zdegenerowanego” Hindemitha spadła krytyka ze strony narodowych komentatorów. W płomiennym przemówieniu z 6 grudnia 1934 Dr Joseph Goebbels potępił „obscenicznych kompozytorów”, którzy szokują publiczność pokazując nagie kobiety w wannach na scenie. Fragment tego przemówienia wyświetlono na ekranie przed ostatnią sceną spektaklu.

Nie tylko ostatnią scenę poprzedzał odpowiedni cytat. Każda rozpoczynała się od wyświetlenia słów na temat roli, zadania sztuki, autorstwa znanych artystów, których wielkoformatowe reprodukcje dzieł stanowiły tło scenicznych wydarzeń. Nie robiłem notatek i ze wspomnianych artystów zapamiętałem tylko Moneta, co pokazuje, jak marna jest moja wiedza z historii sztuki. W podjęciu tematyki zadania sztuki i artysty najbardziej wymowna była szósta, alegoryczna scena, nawiązująca do kuszenia św. Antoniego. Grünewald jest w niej uwodzony przez różne idee: politykę, religię, pieniądze, wojnę. Te różne artystyczne pokusy ilustruje wyświetlany na ekranie kolaż: ujęcia z centrów handlowych, mieszają się z kroniką filmową z czasów wojny czy urywkami parlamentarnych debat. Komercja jednak tryumfuje: ekran staje się półprzezroczysty, widzimy stojący na nim chór. Po podniesieniu ekranu stwierdzamy, że jest to chór kolorowych, szczęśliwych konsumentów wymachujących papierowymi torbami z napisami „ART” oraz „SALE”. Chwilę potem pojawia się tancerz w pozie chrystologicznej niczym wprost wyjęty z isenheimskiego ołtarza Grünewalda. Jednak zamiast gwoździ, ten Chrystus w każdej dłoni ma torebki z upominkami, z którymi rozpoczyna nowoczesny taniec. Wreszcie na scenę wjeżdża reprodukcja ołtarza z Isenheim, a aktor-licytator zaczyna podbijać jego cenę, która stanęła chyba na 20,000,000. Tak, zrozumieliśmy aluzję. Sztuka się sprzedaje, komercjalizacja jest zła.

Akcja opery dzieje się w „szesnastowiecznej Moguncji, czyli nigdzie”, stąd jak najbardziej naturalne jest uwspółcześnienie. Gdy kardynał Albert ogłasza swoją decyzję w sprawie konwersji na protestantyzm (ostatecznie postanawia spędzić życie w ubóstwie w klasztorze), otacza go tłum dziennikarzy spragnionych newsów. Spotkanie protestantów przypomina zebranie rady nadzorczej dużej korporacji, albo inaczej: zebranie jakieś tajnej organizacji, Illuminati (czy z perspektywy szeregowego obywatela istnieje jakaś różnica?). Większość elementów tej inscenizacji jest sprytnie dobrana, jedyną przesadą był dla mnie aktor-pies w BDSMowej uprzęży. W warstwie wizualnej warto podkreślić jeszcze znakomitą grę świateł i barw (zmieniające się dekoracje z białych na czarne), które w dużej mierze pozwalały budować napięcie dramaturgiczne spektaklu.

Operę Hindemitha słyszałem w całości po raz pierwszy i byłem tą muzyką bardzo usatysfakcjonowany. Oczywiście, może kojarzyć nam się częściowo z gęstymi, polifonicznymi fakturami Straussa, a częściowo z neoklasyczną rytmiką i harmonią jak z oper Prokofiewa czy Szostakowicza (kto w tym przypadku jednak kojarzy się z kim?) z dodatkiem historyzujących chórów. Muzyka jest jednak głęboko poruszająca. Zakończenie czwartej sceny z chorałowym chórem akompaniowanym przez gęstą, złożoną fakturę w smyczków i opadające chromatycznie pochody blachy należało do moich ulubionych fragmentów całej opery. Po tej złożonej i w najwyższym stopniu wyrafinowanej muzyce, szczególnie silnie uderza nas ostatnia scena – surowa, cicha, niemalże heterofoniczna, gdzie głos Mathiasa Grünewalda brzmi tak przejmująco i melancholicznie. Chór i orkiestra Semperoper stały w tym spektaklu na najwyższym poziomie, duża w tym zasługa dyrygent, Simone Young, prowadzącej zespoły tak miękkimi, a jednocześnie precyzyjnymi ruchami, że nie było mowy o żadnej nieścisłości. Zaskakujące, że pierwszy raz słyszałem o tak znakomitej dyrygent. Czyżby dlatego, że jest kobietą?

Przez operę Hindemitha przewija się cała plejada postaci, szczególnie mężczyzn, stąd niezwykle trudno jest skompletować wyrównaną pod względem wokalnym obsadę. Nie udało się to w Dreźnie, stąd większość epizodycznych postaci dysponowało raczej słabymi głosami. Podobać mogły się szczególnie panie: Christa Mayer jako hrabina Helfenstein, Emily Dorn jako Regina, o prostym, jasnym i niewinnym głosie, a także jej ojciec Hans Schwalb (Herbert Lippert), o dźwięcznym tenorze, którego duet z Grünewaldem wyraźnie wyróżniał się na tle innych fragmentów z początku opery. Główne postaci: Grünewald (Markus Marquardt), kardynał Albert (John Daszak) oraz Ursula (Annemarie Kremer) początkowo mnie zawiodły, jednak z każdą kolejną sceną miałem wrażenie, że śpiewają coraz lepiej. O poruszającej ostatniej scenie już pisałem, warto też wyróżnić duet Grünewalda i Alberta z szóstej sceny. Marquardt oraz Daszak byli wspaniali i swoim triumfalnym „Alleluia” stworzyli kreację godną ołtarza z Isenheim, którą wspomniany duet opiewa.

W przyszłym roku czeka nas 500. rocznica reformacji. Być może w związku z tym możemy oczekiwać większego zainteresowania operą, której akcja porusza tematykę pierwszych lat reformacji? Miejmy taką nadzieję, bowiem „Mathis der Maler” jest operą o uniwersalnej tematyce, która w naszych czasach jest wciąż aktualna i daje przestrzeń do wielu znaczących interpretacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *