Eurowizja 2016. Co wiemy po drugim półfinale

Tym razem trafiłem 9/10, robię się w tym coraz lepszy! Awansowała Gruzja, odpadła Norwegia, czego specjalnie nie żałuję. A poza tym faktem, co jeszcze wiemy po drugim półfinale?

1. Największa niespodzianka: awans Gruzji. Nie przewidziałem tego ja, i nie przewidziała pewnie większość Europy. Na swoje usprawiedliwienie cytat z mojego przewodnika: „Gdyby inscenizacja choć trochę przypominała szalony wygląd oficjalnego wideo, może ten efekt oryginalności by zadziałał”. Urywki z prób nie zapowiadały niczego nadzwyczajnego, ot gra sobie zespół rockowy. Dzięki znakomitej reżyserii telewizyjnej ujrzeliśmy jednak klimat mocnej psychodeli i ostrego tripu. Pływający, zwielokrotniony obraz, stroboskopowe światła, geometryczne wizualizacje: to wszystko zadziałało i dobrze połączyło się z oryginalnym stylem piosenki. Do tego wielki szacun dla Gruzinów za poziom wyluzowania: gdy ogłoszono wyniki nawet nie wstali, tylko się uśmiechnęli. Tak trzymać!

2. Największy WTF: choreografia Rykki. Nie wiem, co się stało szwajcarskiej wokalistce. Przybito jej stopy do sceny? Przegrała zakład i musiała na scenie wykonać sto przysiadów? Marzy o karierze w skokach narciarskich i ćwiczyła lądowanie z telemarkiem? Zapomniała skorzystać przed występem z toalety i myślała już tylko o siadaniu na sedesie? Nigdy się nie dowiemy, ale dziwaczna choreografia jeszcze bardziej pogrążyła słabą szwajcarską piosenkę.

3. Najlepsza choreografia: Belgia. Na drugim biegunie plasowała się Belgia. Laura Tesoro i wspierający ją tancerze ruszali się świetnie. Całość była perfekcyjnie wyćwiczona (do tego stopnia, że Laura na próbach ćwiczyła okrzyk „Come on, Europe! I want to see your hands in the air!”). Przy tej niesamowicie pozytywnej energii nikomu nie przeszkadzało, że piosenka jest tak bardzo z lat ’90. Laura wytańczyła sobie drogę do finału, choć trzeba oddać jej sprawiedliwość, że śpiewała równie dobrze.

4. Największe „Meh…”: Polska. Osiągnęliśmy historyczny sukces i pierwszy raz, odkąd wprowadzono półfinały występujemy w finale po raz trzeci z rzędu. Niestety, ciągle wysyłamy piosenki mocno przeciętne. Może i Michał Szpak jest kroczkiem naprzód po szczuciu cycem sprzed dwóch lat oraz braniu na litość sprzed roku, ale mamy jeszcze bardzo długą drogę przed sobą. Czy tylko ja byłem wkurzony za każdym razem podczas rekapitulacji piosenek, gdy „Colors of your life” przerywało świetny „Heartbeat” Justsa z Łotwy?

5. Najlepszy żart: Nagi Måns Zemerlöw z pluszowym wilkiem. Szwedzi zdecydowanie rozumieją Eurowizję lepiej niż ktokolwiek inny w Europie. Mają też do konkursu spory dystans. Gdy Petra Mede opowiadała o planie IVANa, żeby wystąpić na scenie nago z wilkami, czego zabrania regulamin, w tle mignął nam goły Måns zasłaniający swe przyrodzenie pluszowym wilkiem. IVAN i Białoruś przepadli, ale dzięki ich prowokacyjnym pomysłom, mogliśmy obejrzeć świetny żarcik.

6. Najlepszy wokal: Hovi Star. Piosenka z Izraela jest niezwykle dopracowana i znakomicie zinstrumentowana, ale to Hovi jest jej największym atutem. Od melancholicznego początku po pełną emocji kulminację wokalista ani razu nie schodzi poniżej swojego, wysokiego poziomu. Ballad w tym roku nie ma wiele i wierzę, że „Made of stars” może bardzo dobrze wypaść w finale.

7. Najmocniejszy przekaz: Ukraina. Bezkonkurencyjnie. Ukraina najbardziej wstrząsa i porusza. Cała scena pracuje na to, żeby zwrócić uwagę na Jamalę, ta zaś robi wszystko, by tekst i jego treść dotarła do słuchaczy na całym świecie. Mamy dramatyczny szept, przenikliwy krzyk, dziki wizg i przejmujący refren w języku tatarskim. Jamala może powtarzać, że piosenka nie jest antyrosyjska i że opowiada o tragicznym doświadczeniu jej babci. Może. Ale dla nas ta piosenka mówi jedno: „We don’t wanna put in”!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *