Trzy dni prywaty

Eufonia Pseudolarix na festiwalu Musica Privata. Zdjęcie: Paweł Sokołowski.

Eufonia Pseudolarix na festiwalu Musica Privata. Zdjęcie: Paweł Sokołowski.

Festiwal „Musica Privata” powitał mnie w czerwonej marynarce i wielkich kapciach w króliki w osobie Pawła Sokołowskiego, jednego z organizatorów festiwalu. Był czwartek, godzina jedenasta w nocy i przyszedłem na stanowiący prolog festiwalu performance „Black of granule” Kuby Krzewińskiego i Aleksandry Chciuk. Salon w świeżo wyremontowanej Akademii Muzycznej w Łodzi był jedynym oświetlonym pomieszczeniem w całym budynku. Gdy ujrzałem jasne, złocone wnętrze i jego osobliwego gospodarza lekko się zawahałem, czy dobrze trafiłem. Paweł jednak gościnnym gestem zaprosił do jednego z zabytkowych stolików, zaproponował herbatę, a także aromatyczny dodatek. W salonie czekało już parę osób. Może to zasługa aromatycznego dodatku, lecz w środku panowała serdeczna atmosfera, niczym z jakieś idyllicznej poczekalni u lekarza: „na którą ma Pan godzinę?”, „a, to ja jestem po Panu”. Wiedziałem już, że trafiłem na festiwal zupełnie inny niż wszystkie.

[!!! SPOILER ALERT !!! – jeśli nie chcesz popsuć sobie doświadczenia uczestnictwa w performansie lepiej nie czytaj następnego akapitu. Jego twórcy zamierzają go jeszcze powtarzać poza festiwalem.]

Wreszcie przyszła moja kolej. Paweł sprowadził mnie schodami na dół i wskazał ciemny korytarz, którym mam podążać. Gdy już zanurzyłem się w mrok, poczułem delikatny dotyk na ramieniu i czyjeś ręce dyskretnie mną kierowały, aż wreszcie opadłem na miękki fotel. Umieszczony przy nim głośnik przetwornikowy zaczął emitować niskie częstotliwości, przenosząc drgania na fotel i na moje ciało. Początkowo nieśmiało, z czasem wibrował coraz silniej, delikatnie falując, a ja cały nurzałem się w tych brzmieniach niczym w dźwiękowym jacuzzi. Na to cielesne doświadczenie dźwięku nakładało się doświadczenie słuchowe: w ciemnej sali struny fortepianu brzęczały lekko trącane, śpiewały uderzane młoteczkami i cicho chrobotały pocierane. W kompletnej ciemności artyści nie mogli mieć pełnej kontroli nad dźwiękiem, ale przecież słyszałem w tej muzyce rozwój, formę. Nie wiem, ile czasu musieli poświęcić na ćwiczenie, ale z pewnością był to dobrze wykorzystany czas. Wreszcie delikatny śpiew Aleksandry Chciuk zapowiedział, że performance zaraz się skończy. Wkrótce fotel przestał wibrować, a zaraz potem ucichły ostatnie dźwięki fortepianu. Niewidoczne dłonie znów przeprowadziły mnie przez ciemny korytarz, jednak odmienionego, uśmiechniętego i z dobrze wymasowanymi plecami.

[/SPOILERT ALERT]

Festiwal kolejnego dnia też powrócił odmieniony. Z ciemnych korytarzy Łódzkiej Akademii przenieśliśmy się do Art_inkubatora, który najwyżej spowijał półmrok. Wreszcie można było wykonawców zobaczyć, a także z nimi porozmawiać czy napić się piwa. Festiwal odmienił się też względem poprzednich lat, gdyż pierwszy raz gościł w nowym wnętrzu. Niektórzy bywalcy tęsknili za surowością Wi-My, inni chwalili sobie temperaturę w Art_inkubatorze pozwalającą na zdjęcie kurtki. Jedno się jednak nie zmieniło: przyjazna atmosfera oraz swoboda w podejściu do programowych ram festiwalu. Nikt tu nie pilnował wykonawców z zegarkiem w ręku, by nie opóźnili całego harmonogramu występów. Co więcej, sami organizatorzy zachęcali muzyków, by bisowali, przedłużając swoje koncerty grubo ponad wyznaczony im czas. Jeśli jednak ktoś znudził się już koncertem, mógł spokojnie wyjść. Przerwy między kolejnymi występami upływały na rozmowach, które dodatkowo były stymulowane przez kupowane w miejscowym barze napoje. Nikt nie bronił też wnosić napojów na sale koncertowe. Można było spokojnie zasiąść z butelką w wygodnej pozie czy to na krześle, czy na pufie, czy na podłodze. Pełna dowolność form.

Dowolność obowiązywała również w zakresie prezentowanych na festiwalu stylów muzycznych. Koncerty z muzyką komponowaną sąsiadowały ze swobodną improwizacją, muzyka elektroniczna z tradycyjną, performance z koncertem piosenek, a Joseph Haydn z Arturem Zagajewskim. Sprawiło to, że publiczność poszczególnych gatunków mieszała się ze sobą i stykała się z zupełnie nowymi doświadczeniami estetycznymi. Ponieważ festiwal nazywa się „Musica Privata” podążał będę w tej relacji prywatnymi ścieżkami pomijając to, co nieszczególnie przypadło mi do gustu, chyba że szczególnie mnie zirytowało.

Szczególnie zaś zirytował mnie utwór na psa i orkiestrę „Man And Dog Play Cat Music” Tomasza Wirackiego. Jego utwór był nie tylko banalny, oparty na pętlach, blokach dźwiękowych i niepełnej skali pentatonicznej, ale też nieetyczny. Tytułowy pies został wprowadzony na scenę i przywiązany (!) do krzesła koncertmistrz. Obok miał ustawiony mikrofon, który miał zbierać wszystkie odgłosy, które pies wyda podczas koncertu. Nie wydał żadnego, za to gryzł więżącą go smycz, w którą w pewnym momencie się zaplątał. Pies ewidentnie chciał uciec daleko od orkiestry i nic dziwnego: przecież ma znacznie czulszy słuch niż my, ludzie. Zaciągnięcie psa przed orkiestrę przywodziło na myśl okrutne praktyki cyrkowe i doprawdy tylko brakowało, by dyrygent od czasu do czasu dźgał zwierzę batutą, aby wyło w kluczowych momentach utworu. Niesmak po utworze zmył Artur Zagajewski ze swoim „circulatio” na dwa akordeony i orkiestrę. Kompozycja była bardzo „zagajewską” mieszanką repetytywności i brudnych, noise’owych brzmień. Być może niektóre chwyty, jak segment skalowy, są już w jego twórczości mocno ograne, jednak kompozytor ciągle potrafi na bazie tych prostych środków osiągnąć maksymalny efekt. A partia akordeonu ćwierćtonowego tylko przydawała kompozycji uroku. Urocze były też fragmenty „Stworzenia świata” Haydna, utworu w swojej ilustracyjności sięgającego niegdyś po dosyć odważne rozwiązania brzmieniowe. Urocze było wykonanie chóru i orkiestry ZSM im. Stanisława Moniuszki w Łodzi prowadzonego przez Marię Hubluk-Kaszubę oraz Mariusza Lewego. Uroczy był wreszcie tłum rodziców, ciotek i babć szczelnie wypełniający widownię bądź co bądź niszowego festiwalu.

Muzyka komponowana (choć nie zawsze i nie do końca) wypełniła również dwa recitale. Perkusista Aleksander Wnuk zaprezentował ciekawy repertuar, w którym gest był równie ważny, a nawet ważniejszy niż dźwięk, a poszczególne utwory reprezentowały różne stadia zapisu. „Scratch” Rolfa Wallina na amplifikowany balon jest utworem niezapisanym, którego kompozytor naucza wyłącznie osobiście lub przez Skype. Choć utwór jest quasi-improwizowany, znajdziemy tu charakterystyczne dla kompozytora wyrafinowanie brzmieniowe i klasyczną dramaturgię silnie wzmocnioną przez gest. W ostatniej scenie ręka muzyka zbliża się z nożem do krawędzi balonu, coraz bliżej i bliżej. Wszyscy już słyszymy straszny huk, który zaraz nastąpi, jednak ręka zatrzymuje się w ostatniej chwili. Koniec. Bardzo ściśle zapisany był „Mani. Gonxha” Pierluigiego Billone, rodzaj rytuału z dwoma misami tybetańskimi, pewną dowolność pozostawiał wykonawcy François Sarhan w „Homework” na gesty. Gesty perkusisty były bardzo mechaniczne i surowe, jednak konsekwentnie stosując ten typ ruchów, Aleksander Wnuk osiągnął ciekawy efekt.

Miło wspominam także występ francuskiego klarnecisty, Benjamina Maneyrola. Otwierający koncert utwór Niny Fukuoki „13 jest mniejsze od x i x jest mniejsze niż 11” zdawał się być dla niego stworzony (ze zdziwieniem dowiedziałem się, że nie był), gdyż świetnie uwydatniał możliwości barwowe klarnecisty, delikatnie oscylując pomiędzy szmerem a dźwiękiem. Pięknie zabrzmiał „Charme” Gérarda Griseya: utwór, w którym czas wariuje i raz szaleńczo przyspiesza, by zaraz niemal całkiem się zatrzymać. A gdy już się zatrzymał mogliśmy się zachwycić wspaniale fluktuującym dźwiękiem klarnetu. Koncert zamknął „Contrechant” Heinza Holligera, utwór na tyle wymagający technicznie, że z pewnością warto go grać. Tylko, czy na pewno warto go słuchać?

Rozbieżność pomiędzy doświadczeniem wykonawcy, a doświadczeniem słuchacza bywa często bolączką koncertów improwizowanych, na których muzycy z reguły dobrze się bawią, a publiczność – różnie. Dobrze bawiłem się podczas koncertu kontrabasowego duo Ksawerego Wójcickiego i Sławka Janickiego. Panowie spotkali się ze sobą po raz pierwszy, a jednak w ich występie słychać było formę. Muzycy nie przeszkadzali sobie nawzajem, tylko żywo reagowali na swoje muzyczne pomysły. Szacunek należy się przy tym Ksaweremu Wójcickiemu, który chwilę wcześniej wykonał z basistą Markiem Kądzielą kilka „piosenek” będących mieszkanką yassu, psychodelicznego rocka i skonwencjonalizowanego free jazzu. Improwizację na jeszcze wyższy poziom wzniósł Ensemble ’56 w składzie Rafał Mazur, Mieczysław Górka i Miro Tóth. Była wysokiej jakości kultura grania, była forma, była treść. Była po prostu dobra muzyka. Od razu znać wielkie doświadczenie.

Połowicznie tylko zadowolił mnie koncert Kraków Improvisers Orchestra, występującej w ciekawym składzie z silną sekcją smyczkową i dwoma wokalistami. W dyrygowanej improwizacji szczególnie istotna jest rola dyrygenta, który rzuca na zespół projekcję swojej wrażliwości, muzykalności. Prowadząc pierwszą improwizację Patryk Zakrocki zazwyczaj powściągał muzyków, tworzył subtelne i ciągłe płaszczyzny brzmieniowe, jednocześnie jednak zarażał jazzowym „feelingiem” i niemal taneczną energią. Budowana przez niego improwizacja rozwijała się powoli, lecz logicznie, pomijając dziwnie urwane zakończenie. Drugą improwizację prowadziła Paulina Owczarek.

Spośród koncertów elektroakustycznych szczególnie przypadł mi do gustu duet Eufonia Pseudolarix (Iza Smelczyńska, Mateusz Śmigasiewicz). Ich występ rozgrywał opozycję pomiędzy naturą a techniką, co sygnalizowała już płyta „Vogelstimmen unserer Heimat (Folge 2)” obracająca się na gramofonie z ustawionym na niej niewielkim sukulentem w doniczce (gatunku ani rodziny nie wskażę). Ptasie tryle z czasem jednak musiały ustąpić sztucznym, „technologicznym” brzmieniom zwarć, spięć i trzasków. Najpiękniejsza jest jednak synteza, gdy głosy ptaków powracają i są imitowane przez odgłosy urządzeń dźwiękowych. Nie wiem tylko, do czego było potrzebne ciągnięcie smyczkiem po szklance z wodą. O. Gra. Ne. W ogóle zakazałbym w muzyce współczesnej stosowania smyczków, bo smyczkami pocierano już chyba wszystko. Ileż można?!

Do opozycji „natura-technika” nawiązali w swoim performansie audiowizualnym „18 rzek” także Ola Kozioł i Suavas Lewy. Videoperformance Avivy Endean kazał nam wsłuchać się w brzmienie własnej twarzy (czyż nie brzmi znajomo?). Każdy otrzymał stopery do uszu, a następnie naśladując australijską kompozytorkę opukiwał swoją twarz. Okazało się, że własna twarz, jak każdy instrument, wymaga ćwiczeń, aby wydobyć z niej ciekawy rezultat brzmieniowy. Konceptualnie pomysł był jednak bardzo ciekawy. Na performansie-wykładzie Michała Libery zaszczekał pies (wreszcie!).

Całkiem przyjemnie słuchało mi się X-Navi:Et, szczególnie na początku występu, gdy muzyka w swoim gongowym brzmieniu, lekko pachniała Wschodem, a towarzyszące muzyce wideo przedstawiało jakąś architektoniczną abstrakcję. Potem jednak w warstwie wizualnej pojawiły się bardziej dosłowne treści, a muzyka coraz bardziej trąciła ilustracyjnością. Jeszcze lepiej podobał mi się Rapoon, którego kunszt słychać było w tym, jak sprytnie wprowadzał i rozwijał w swoich ambientowych utworach nowe pętle. Obydwa koncerty zamykały festiwal i ogarnęła mnie już na nich pewna błogość. Powoli zapadałem w senny trans, ale chyba trochę też o to chodziło?

Wcześniej można było się nieco rozruszać na koncercie-niespodziance z udziałem 93-letniego skrzypka ludowego, Tadeusza Kubiaka. To niesamowite pomyśleć, jak bardzo funkcjonowanie muzyki ludowej zmieniło się za życia tego człowieka: od jeszcze żywej tradycji, poprzez regres kultury ludowej związany z modernizacją wsi i cepeliadą uprawianą w czasach Polski Ludowej, po odwrót od muzyki tradycyjnej w latach dziewięćdziesiątych, aż do jej powrotu do łask i śmiały szturm na hipsterskie serca, skutkujące rosnącą liczbą brodaczy chadzających na potańcówki ludowe. Pan Tadeusz jakby w ogóle się tymi przemianami nie przejmował, świetnie odnalazł się w festiwalowej rzeczywistości i z taką swadą zapraszał publiczność do tańca, że aż dałem się mu namówić. Mogłem sobie tym samym utrwalić nikłe umiejętności, które nabyłem podczas potańcówki ludowej pierwszego dnia festiwalu prowadzonej przez zespół Diabubu. Pomysł z potańcówką był przedni, gdyż niezobowiązująca muzyka idealnie oczyszczała po całym dniu koncertów. Szkoda tylko, że festiwalowa potańcówka była raczej postojówką.

Tyle festiwalowych wrażeń. Pora jeszcze na odrobinę prywaty. Dziękuję organizatorom festiwalu: Kubie Krzewińskiemu, Michałowi Rupniewskiemu i Pawłowi Sokołowskiemu, że im się w ogóle chce, i że tworzą coś oryginalnego i bezpretensjonalnego. Dziękuje ludziom, z którymi siedziałem w poczekalni do „Black of Granule” za świetną atmosferę i przepraszam, że nie pamiętam waszych imion. Dziękuję łódzkiej ekipie: Ani, Ani, Ninie i Pawłowi za miłe towarzystwo i wspólne rozmowy. Dziękuję wszystkim ośmiu uczestnikom pierwszego turnieju Stypendiów i Porcelany, który rozegraliśmy podczas festiwalu i gratuluję zwycięzcom. A przede wszystkim dziękuję Magdzie i Szymonowi, którzy gościli mnie w tych listopadowych dniach. Do następnego!

,
One comment on “Trzy dni prywaty
  1. Pingback: Niby-tygodnik | Z archiwum KS: Dziękuję Pan Wykonawca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *