Czteropak zamówień kompozytorskich 11

Oto pod jakim tytułem znajdziemy w wyszukiwarce google stronę kompozytora w serwisie polmic.pl, gdy wpiszemy „Stanisław Moryto polmic”. A może o czymś nie wiemy?

Powraca Krakowska szkoła kompozytorska™! W niniejszym zestawieniu możemy się ponadto raczyć jednym utworem sakralnym, jednym utworem Olgi Hans napisanym dla Dominika Połońskiego oraz jednym utworem kompozytora o – jak się okazuje – niepewnym imieniu.

„Non possumus” Marcina Rupocińskiego nie stanowi nawiązania do słynnego memoriału kardynała Stefana Wyszyńskiego do Bolesława Bieruta, w którym prymas przeciwstawił się władzom Polski Ludowej. Utwór odwołuje się bezpośrednio do słów Piotra i Jana z Dziejów Apostolskich, do których odnosił się kardynał: „nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli”. Szczera Wiara, z którą został napisany komentarz do utworu, zasługuje na szacunek, podobnie jak próba sięgnięcia po nowoczesne środki kompozytorskie i wyjście poza górecko-kilarowo-środkowopenderecki stereotyp, który zaciążył na polskiej muzyce sakralnej. Przy czym trzeba zaznaczyć, że poprzeczka oryginalności w zakresie tego repertuaru nie jest zawieszona wysoko, a użyte środki nie są oryginalne w ogóle: znajdziemy w tej muzyce i nabrzmiewające recytacje, i quasi-chorałową wokalno-instrumentalną heterofonię, i dramatyczny perkusyjny kontrapunkt, i repetytywną litanijność kojarzącą się choćby z twórczością Arvo Pärta oraz pociągnięcia smyczkiem po instrumentach perkusyjnych (jakżeby inaczej!) przywodzące na myśl jego technikę tintinnabuli. To wszystko tworzy jednak utwór, w którym aura sacrum jest bardzo wyraźnie wyczuwalna, a nadmiernego patosu jest tylko trochę (głównie w tremolach gran cassy). Podoba mi się też, w jaki sposób kompozytor określił rolę elektroniki w utworze: „Celem uzyskania niezbędnej pokory od warstwy elektronicznej utworu napisałem szereg programów, których zadaniem jest tworzenie struktur dźwiękowych w oparciu o rejestrowane w czasie realnym partie wokalne oraz instrumentalne”. Elektroniki faktycznie nie słychać, więc trzeba ten opis poczytać na plus.
Werdykt: 5,5

„Non possumus” można posłuchać na NINATECE

Każdy w środowisku muzycznym z pewnością dobrze zna historię Dominika Połońskiego. Dla wszystkich jednak, którzy nie poświęcają zbyt wiele uwagi na osobiste historie ludzi polskiej muzyki, pokrótce ją przypomnę: Dominik Połoński był znakomitym młodym wiolonczelistą, laureatem wielu konkursów. Jego błyskotliwą karierę przerwała choroba nowotworowa, po której miał sparaliżowaną lewą stronę ciała. Dzięki rehabilitacji powrócił do życia koncertowego, jednak wciąż posługuje się jedynie prawą ręką, co wymaga specjalnie tworzonego na jego potrzeby repertuaru. Autorką pierwszego utworu, który Dominik Połoński wykonał po powrocie na scenę, była łódzka kompozytorka, Olga Hans. Od tego czasu napisała dla wiolonczelisty jeszcze szereg utworów symfonicznych i kameralnych. Kolejnym z nich jest Symfonia koncertująca „Enteléchia” na wiolonczelę, perkusję i orkiestrę. W przypadku utworów wiolonczelowych na prawą rękę kompozytorzy napotykają ograniczenie: partia wiolonczeli zamyka się w czterech pustych strunach oraz rozmaitych efektach artykulacyjnych i perkusyjnych. Zadanie polega na tym, aby to ograniczenie przekuć w atut. Gra Dominika Połońskiego akurat szczególnie dobrze łączy się z solową perkusją, a występująca w tej partii Evelyn Glennie brzmi znakomicie. Znacznie mniej interesująca jest w utworze partia orkiestry, stanowiąca odbicie partii solowych, często też wpadająca w obiegowy idiom symfoniczny. Wszystko jednak jest zinstrumentowane i skonstruowane nad wyraz sprawnie, wręcz podręcznikowo. Niestety, siłą rzeczy kompozytorka powtarza pewne rozwiązania, których użyła w poprzednich utworach przeznaczonych dla wiolonczelisty. Gdy słuchałem jej pierwszego koncertu na prawą rękę z 2009 r., byłem pod sporym wrażeniem, że z ograniczonych środków udało się stworzyć interesujący utwór. Teraz myślę sobie najwyżej: „no, ok.” i bardziej mnie interesuje, co inni twórcy mają do zaoferowania Dominikowi Połońskiemu.
Werdykt: 6

Symfonii koncertującej „Enteléchia” można posłuchać na NINATECE

Koncert organowy Stanisława Moryty stanowi kwintesencję kompozytorskiego akademizmu, co chyba jest zupełnie na miejscu, skoro kompozytor przez siedem lat pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. W warstwie melodyczno-harmonicznej króluje tu dysonansowość z wiodącymi interwałami septym i sekund oraz sekundowymi klasterami. W warstwie formalnej dominuje zaś wyjątkowo przewidywalna procesualność polegająca na powtarzanych strukturach przenoszonych jedynie coraz wyżej lub niżej w ramach jednej skali. W zakresie makroformy utwór dzieli się na wolne solowe preludium organów trwające ponad pół utworu (!), po którym dopiero pojawia się orkiestra w motorycznej części drugiej. Orkiestra brzmi jednak bardzo organowo, a kompozytor nie rozgrywa żadnych dialogów pomiędzy zespołem a solistą. Takie to wszystko na jedno Mo…, znaczy się, kopyto. W sumie utwór świetnie mógłby funkcjonować w postaci solowej transkrypcji. Wtedy przynajmniej nie byłoby problemu ze złapaniem pionu.
Werdykt: 4

Koncertu organowego można posłuchać na NINATECE

W dziwnej logice zamówień z cyklu „Krakowska szkoła kompozytorska” za wersję „1.0” uznano najmłodszego z adresatów zamówień, Łukasza Pieprzyka. W swoim życiorysie kompozytor chwali się odbytymi kursami m.in. u Philla Niblocka czy Pera Nørgårda, więc można by się spodziewać po nim czegoś ciekawego. Intrygujący perkusyjno-elektroniczny początek może dawać pewne nadzieje. Wkrótce okazuje się, że stojący basowy dźwięk to nie dron, lecz burdon, który przenosi nas się na irlandzkie zielone łąki, aby posłuchać trochę stereotypowej muzyki celtyckiej w jej popkulturowo-filmowym wydaniu z dodatkiem dramatycznych wymierzonych tremoland smyczków i perkusyjnych interwencji. Kompozytor jednak nie trzyma się jednej konwencji i skacze niczym w filmie z jednej lokalizacji do drugiej, bowiem otrzymujemy też segment orientalny z charakterystycznymi sekundami zwiększonymi, a także segment typu „film grozy”. Choć nie są to bliskie mi estetyki, mógłbym nawet je jakoś znieść, gdyby nie koślawa warstwa perkusyjna, w której przekombinowane rytmy ewidentnie sprawiają wykonawcom problem. No i dlaczego ten utwór jest tak długi?
Werdykt: 2.0

„Ignition” można posłuchać (na własną odpowiedzialność) na NINATECE

No, Krakowska szkoła kompozytorska™ jak na razie trzyma w miarę równy poziom.

***

Czteropak zamówień kompozytorskich jest cyklem, w którym oceniam utwory powstałe w ramach programu MKiDN „Kolekcje – priorytet Zamówienia Kompozytorskie”. Wystawiane oceny mają charakter orientacyjny i służyć mają podsumowaniom statystycznym (średnia ocena utworów w danej edycji/całym programie). Skala jest dziesięciopunktowa ze stopniami pośrednimi. Noty należy czytać: 10 – arcydzieło; 9 – znakomity; 8 – bardzo dobry; 7 – dobry; 6 – porządny; 5 – przyzwoity; 4 – przeciętny; 3 – słaby; 2 – zły; 1 – bardzo zły.

One comment on “Czteropak zamówień kompozytorskich 11
  1. Pingback: Niby-tygodnik | Czteropak zamówień kompozytorskich 12

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *