Uśmiech dyrygenta

Mariss Jansons. Zdjęcie: Marco Borggreve

Mariss Jansons należy do moich ulubionych dyrygentów. Uwielbiam jego styl prowadzenia orkiestry: niezwykle czytelny, klarowny, jednocześnie bardzo drobiazgowy i miękki, zostawiający muzykom niezbędną swobodę. Uwielbiam też jego niezwykłą pasję do muzyki, którą pokazuje swoim zaangażowaniem podczas koncertów. Nie znam chyba innego dyrygenta, który prowadząc koncert tak często i tak szeroko by się uśmiechał. Uśmiech Marissa Jansonsa stał się zresztą jego wizytówką, trafiając na szeroko rozpowszechniane zdjęcia artysty. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwość, że chodzi o jednego z najwybitniejszych współczesnych dyrygentów, warto przypomnieć, że Mariss Jansons od lat prowadzi nie jedną, a dwie orkiestry zaliczane do ścisłej europejskiej czołówki: orkiestrę Concertgebouw w Amsterdamie oraz Orkiestrę Symfoniczną Radia Bawarskiego, z którą wystąpił podczas europejskiego tournée we Wrocławiu.

Koncert otworzył utwór, o którym nikt nie słyszał, kompozytora, o którym nikt nie słyszał: uwertura Antygona Vladimíra Sommera. Niezwykłą klasę orkiestry pokazało to, jak znakomicie w tym wykonaniu zabrzmiał ten, w gruncie rzeczy przeciętny przedstawiciel dwudziestowiecznego modernizmu. Kąśliwe odzywki drzewa przykuły moją uwagę, a gdy pod koniec uwertury smyczki pociągnęły długą frazę, w napięciu przesunąłem się na krawędź siedzenia. Potem już tylko z zapartym tchem śledziłem kolejne, słabnące odzywki fletu unisono z dzwonkami. W wykonaniu tak znakomitego zespołu nawet przeciętny utwór zabrzmiał jak symfonika pierwszej klasy.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie podważa natomiast klasy Gustava Mahlera (niezależnie od estetycznych preferencji). W jego Kindertotenlieder rzadka faktura pozwoliła śledzić najdrobniejsze artykulacyjne i barwowe szczegóły oraz to, w jaki sposób są one kształtowane przez dyrygenta. Wystarczyło lekkie zgięcie dłoni, by prowadzący frazę muzyk zrobił wyrazowy akcent. Wystarczył najdrobniejszy przyruch z ramion, by tempo poszło do przodu. Muzyka nigdy nie zatrzymywała się w jednym stanie, lecz wciąż płynęła nieustannie falując. Choć w pieśniach Mahlera szczególną rolę spełnia drzewo, mnie najbardziej urzekała sekcja smyczkowa. Nie wiem co zrobiło na mnie większe wrażenie: wspaniale skoordynowane błyskawiczne przejście z arco na pizzicato, momentalne zgaszenie rozpędzonego crescendo czy pianissimo tak delikatne, że siedząc w jednym z pierwszych rzędów bardziej dźwięk widziałem, niż słyszałem. Szkoda, że solistka, Janina Baechle, która dołączyła do zespołu w ostatnim momencie na zastępstwo, nie dorównała orkiestrze poziomem. Jej lekko rozedrgany głos z opadającą intonacją i przykrótkim oddechem miał w sobie pewien mortualny urok, jednak jest różnica między Totenkinderlieder a Kindertotenlieder. Najgorsze jednak, że interpretacja mezzosopranistki zupełnie rozmijała się z wizją dyrygenta: gdy ten szedł do przodu, śpiewaczka hamowała. Jedyną zaletą jej wykonania było ciągłe przygaszone piano, tak bardzo pasujące do wymowy tekstu, jednak po pewnym czasie jednostajna dynamika skutkowała wyrazową monotonią.

Po przerwie muzycy mogli wyszaleć się w Tańcach symfonicznych Sergiusza Rachmaninowa. Mocno osadzone, przysadziste rytmiczne ostinato smyczków, pewna szorstkość brzmienia oraz szeroka śpiewna fraza nie pozostawiały wątpliwości, że Mariss Jansons odebrał swoje wykształcenie w petersburskim konserwatorium. Mimo pewnej trywialności utworu, z taką orkiestrą słuchało się go niezmiernie miło (i nawet jestem w stanie wybaczyć kluchy, które odezwały się w jednym momencie w waltorni…). A jednak, gdy na drugi bis zabrzmiał dziki, szaleńczy Taniec dziewczyny z suity Cudowny Mandaryn Beli Bartóka, żałowałem, że to nie ten utwór wybrali Bawarczycy do programu swojego tournée. Jak w tej muzyce wszystko się gotowało! Od emocji aż kipiało, a rozgrzane niemal do czerwoności instrumenty zdawały się wręcz skwierczeć. A wszystko to przy zachowaniu morderczej precyzji.

Wśród burzy oklasków, która wybuchła po koncercie Mariss Jansons długo dziękował orkiestrze oraz z zaciekawieniem rozglądał się po sali. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech…

One comment on “Uśmiech dyrygenta
  1. Pingback: Niby-tygodnik | Z archiwum KS: Najlepsze z najlepszych 2017 – koncerty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *