Dialog temperamentów

Seong-Jin Cho z NFM Filharmonią Wrocławską pod kierunkiem Giovanniego Antoniniego. Zdjęcie: Bogusław Beszłej.

Konkurs Chopinowski jest jednym z nielicznych tej rangi wydarzeń poświęconych wyłącznie jednemu kompozytorowi. Jego laureaci, choć natychmiast zdobywają międzynarodową renomę, dają się na nim poznać z tylko z tej jednej strony. Dlatego już podczas konkursu z ust komentatorów często padają uwagi typu: „słyszałbym go raczej w…” albo: „chciałbym usłyszeć, jak gra…”. Na to jednak trzeba poczekać – laureaci ruszają wpierw w trasę koncertową z repertuarem konkursowym, potem nagrywają obowiązkową chopinowską płytę. Wreszcie jednak przychodzi ten moment, gdy mogą znaleźć chwilę spokoju na przygotowanie nowego programu i zaprezentować się światu z trochę innej strony. Bardzo byłem więc ciekawy, gdy zwycięzca ostatniego konkursu, Seong-Jin Cho, przyjechał do Wrocławia z I koncertem fortepianowym C-dur Ludwiga van Beethovena.

Byłem ciekaw podwójnie, bowiem artyście wraz z orkiestrą NFM towarzyszył Giovanni Antonini, wysoko ceniony przeze mnie kapelmistrz. Beethoven Antoniniego (zaprezentowany choćby w nagraniach z Kammerorchester Basel oraz w wykonaniu IX symfonii na ubiegłorocznym festiwalu „Wratislavia Cantans”) jest w swoich szybkich tempach, krótkiej artykulacji i jędrnych akcentach lekko „barokowy”. Liczy się tu głównie afekt i teatr, niekoniecznie misterna konstrukcja dźwiękowa. Odwrotnie Seong-Jin Cho: jeśli można mu coś zarzucić, to tylko nadmierną perfekcję, opanowanie i przywiązanie do detalu.

Byłem ciekaw, jak zadziała zderzenie tych dwóch osobowości. Okazało się, że każdy z artystów grał w swoją grę. Dyrygent charyzmatycznie prowadził orkiestrę, w której słychać było niezwykłą lekkość, ale też pasję i drapieżność dźwięku (przede wszystkim we wszystkich drobnonutowych gamkach smyczków). Pianista natomiast szukał rozmaitych brzmień, bawił się dźwiękiem i zderzał ze sobą kolory różnych rejestrów fortepianu. Fortepian brzmiał pod jego palcami perliście, niemal jak klawikord, to znów odzywał się brzmieniem głębokim i dźwięcznym niczym carillon. Najbardziej te różnice osobowości było słychać w finałowym rondzie, w którym pieczołowite dźwiękowe poszukiwania pianisty raz po raz przerywał ognisty, szaleńczy refren orkiestry. Tempo było tak szybkie, że nawet piekielnie precyzyjny Seong-Jin Cho miał chwilami problemy, by nie wypaść z toru. Ani razu jednak nie dał się ponieść emocjom i nie pozwolił sobie nawet na odrobinę luzu w charakterystycznym „jazzującym”, synkopowanym kuplecie. A jednak, pomimo tak różnych temperamentów, muzycy potrafili ze sobą prowadzić konstruktywny dialog, który pięknie zabrzmiał szczególnie w środkowej części koncertu.

Koncert laureata Konkursu Chopinowskiego nie może się, rzecz jasna, odbyć bez chopinowskiego bisu. Seong-Jin Cho wybrał balladę g-moll. O ile Beethoven mnie nie do końca przekonał, tak Chopinem byłem zafascynowany. Pianista lekko opóźniał niemal każdy dźwięk wywołując w słuchaczu ogromne napięcie i oczekiwanie na to, co zdarzy się dalej. Przez moment można było zapomnieć, że zna się ten utwór od każdej strony i mieć wrażenie, że słucha się improwizacji, w której kolejne motywy pojawiają się niepewnie, w tle, jednak artysta z czasem wyciąga je na pierwszy plan i rozwija. Pianiście daleko było od ekstrawagancji, za to nie pozostawił żadnych wątpliwości, że była to dojrzała i przemyślana interpretacja.

Po przerwie Giovanni Antonini został już sam na sam z Beethovenem (nie licząc orkiestry, rzecz jasna). Początek może nie zapowiadał się obiecująco – fałsz dętych i bałagan w smyczkach we wstępie, wprowadzenie zbyt wolnego tempa w allegro, co spowodowało konieczność stopniowego przyspieszania (co nie jest łatwe, gdy smyczki wciąż grają miarowe tremolo). Potem jednak, nie licząc jednego złego wejścia fletu w drugiej części, było już tylko lepiej. Świetnie zabrzmiała część wolna, pełna oddechu, a jednocześnie potoczysta, nie ciągnąca się ani przez moment. Błyskotliwie wypadło dowcipne scherzo. Wreszcie trzeba być chyba słupem soli, by nie zostać porwanym przez żywiołowy finał, w którego zakończeniu dyrygent jeszcze podkręcił tempo, rozgrzewając emocje aż do czerwoności. Może w dynamicznych tempach proponowanych przez Antoniniego gubi się trochę detali, do których jestem przywiązany. Może orkiestra mogłaby trochę bardziej reagować na zmiany dynamiczne sugestywnie pokazywane przez dyrygenta (łącznie z kucaniem). Może. Ale tak też było dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *