Eurowizja 2017. Przewodnik po pierwszym półfinale

Losowanie składu eurowizyjnych półfinałów odbywa się na długo przed tym, jak zostaną ogłoszone poszczególne piosenki. Zawsze więc zdarza się, ze jeden z półfinałów wydaje się być miłośnikom Konkursu bardziej zacięty, a drugi – bardziej otwarty. Zaciętą rywalizację z pewnością będziemy oglądać w pierwszym z półfinałów. Wydaje mi się, że aż siedem-osiem piosenek może być pewnych finału, a o pozostałe wolne miejsca powalczy reszta uczestników, wśród których znajdzie się wiele ballad, w tym „Flashlight” Kasi Moś.

Szwecji brakuje już tylko jednego eurowizyjnego zwycięstwa, by zrównać się z prowadzącą w tabeli wszechczasów Irlandią. Nie sądzę, by zdarzyło się to w tym roku, choć „I can’t go on” Robina Bengtssona jest dobrą piosenką. Już od pierwszych dźwięków budzi skojarzenia z Justinem Timberlakiem, a cała sekwencja wychodzenia na scenę, którą artysta zaprezentował podczas Melodifestivalen – szwedzkich eliminacji do Konkursu – przypomina rozpoczęcie tegorocznej gali oscarowej z Timberlakiem w roli głównej. Nie wiem, czy sekwencja zostanie powtórzona w Kijowie, ale na pewno zostaną ruchome LEDowe bieżnie, na których będą się wyginać runwayowi modele. Powtórzą się również jaskrawe geometryczne wizualizacje, które dodawały całej inscenizacji perspektywicznej głębi. Jedyne, co musi się zmienić w stosunku do Melodifestivalen, to wspomniani modele-tancerze, którzy będę musieli się również wcielić we wspomagających solistę wokalistów, aby sprostać eurowizyjnej regule sześciu osób na scenie. Chyba, że Robin zrezygnuje z dodatkowych partii wokalnych. Poza tym, piosenka jest już właściwie gotowa na Eurowizję, a Robin zaprawiony w występach na żywo. Choć może brakuje mu charyzmy Justina Timberlaka czy Månsa Zelmerlöwa, to Szwecja na pewno nie opuści tegorocznego finału (zdarzyło im się to tylko raz w XXI wieku) i niesiona głosami zaprzyjaźnionych krajów skandynawskich, powinna spokojnie znaleźć się w pierwszej dziesiątce.

Power ballada w stylu bondowskim jest jednym z najpopularniejszych gatunków na Eurowizji, niewątpliwie wciąż jeszcze napędzany przez międzynarodowy sukces „Skyfall” Adele oraz eurowizyjny sukces „Rise like a phoenix” Conchity Wurst. Nie uciekniemy od tego gatunku i w tym roku, w samym pierwszym półfinale konkurować będą aż trzy takie ballady. Pierwszą z nich będzie „Keep the faith” Tamary Gachechiladze z Gruzji. Bardziej niż „Skyfall” przypomina ona wcześniejszą piosenkę, „The Word is not enough” i podobnie polega na przeciągłym zaśpiewie w refrenie: „keep the faaaaaaaaaaith…”. Tamara śpiewa nieźle, choć czasem nie wyciąga górnych dźwięków we wspomnianym zaśpiewie, gdyż dysponuje raczej niskim głosem… Poza tym, wszystko jest niby na miejscu: fortepianowy akompaniament, sentymentalne smyczki, dynamizująca perkusja. A jednak wciąż czegoś brakuje. Może oryginalności? Prezentując swoją piosenkę w Gruzji, Tamara występowała na tle wojennych migawek. Jest to bardzo tani zabieg, który prędzej kogoś zniechęci niż poruszy. Mam nadzieję, że w Kijowie piosenka dostanie bardziej pomysłową oprawę. Co by jednak się na scenie nie działo, i tak nie daję piosence większych nadziei. Nie pomogą Gruzji nawet głosy z sąsiedniej Armenii i Azerbejdżanu. W tym półfinale będzie zwyczajnie wiele lepszych występów.

Australia (tak, to nie pomyłka, nie chodzi o Austrię!) przebojem wdarła się na Eurowizję. W pierwszym roku zajęli piąte miejsce, rok później byli drudzy. Jeśli mieliby utrzymać tendencję zwyżkową, muszą wygrać. Raczej im tego nie wróżę. Tradycyjnie jednak Australijczycy prezentują świetnie wyprodukowaną piosenkę. „Don’t come easy” jest jedną z lepszych wśród licznych tegorocznych ballad. Piosenka unika prostej powtarzalności, perkusyjno-syntezatorowy motyw, który staje się głównym elementem podkładu, zostaje wprowadzony dopiero po minucie. Podobają mi się też pstryknięcia, które są wprowadzone przy drugim powtórzeniu zwrotki (ciekawe, czy na żywo będą strzelać palcami chórzyści?). Wreszcie solowa partia wprowadza wciąż kolejne warianty przez co się nie nudzi, a soulowy bridge pozwala się wokaliście wyśpiewać. Isaiah jest bardzo młodym wykonawcą, jednak śpiewa już dojrzałym głosem, a doświadczenie w australijskim X-Factorze z pewnością zaprocentuje na scenie w Kijowie. Piosenka powinna być wysoko oceniona przez jurorów, a aborygeńskie korzenie na pewno zdobędą wokaliście dodatkowe punkty za sympatię. Pewny kwalifikant, w finale – lewa strona tabeli.

No i proszę, niewiele czasu minęło, a już pojawia się kolejna power ballada w stylu bondowskim: „World” reprezentującej Albanię Lindity. Walory produkcyjne stawiają tę piosenkę znacznie wyżej niż jej gruzińską konkurencję: fortepianowe akordy ciekawie korespondują z warstwą elektroniczną w górnym rejestrze. Znacznie większą rolę spełniają chórki, a więcej śpiewających osób zawsze dodaje piosence większe napięcie. Poza tym wszystko w normie: dynamizująca perkusja i dramatyczne smyczki. Jednak partia wokalna też daje większe możliwości do popisu, gdy chór przejmuje temat refrenu, a solistka podejmuje przejmującą wokalizę. Na papierze „World” mógłby mieć zatem zadatki na finał, jeśli tylko Lindita udźwignie jej napięcie i dramat, bo na razie bywało z tym różnie. Z pewnością pomocne będą przy tym futurystyczne, nieco steampunkowe wizualizacje.

Dobra passa Belgii trwa. Po dwóch latach z rzędu w pierwszej dziesiątce, Blanche z piosenką „City lights” jest wymieniana wśród faworytów do zwycięstwa w całym konkursie. Nie ukrywam, piosenka bardzo mi się podoba. Niski i lekko przytłumiony głos wokalistki jest równie intrygujący jak wysoki głos Loïca Notteta sprzed dwóch lat (ciekawa sprawa: wówczas wysłali chłopaka brzmiącego jak kobieta, teraz wystawili dziewczynę brzmiącą jak facet…). Głos Blanche jest nierealny, trochę jakby nieobecny, flegmatyczny, pełen spokoju. W tle za to szaleje elektronika, która nadaje piosence żywy charakter. Ładnie brzmią pojedyncze wysokie dźwięki elektroniki, z lekkim opóźnieniem zdwajające wiodącą melodię. Ciekawym zabiegiem jest też umieszczenie głównego głosu w najniższym rejestrze i wprowadzenie chórków w wyższym. Piosenka cały czas się rozwija, a gdy już zaczynamy się nużyć powtarzalnością, pojawia się dynamiczny bridge, po którym wreszcie Blanche śpiewa wyżej przy skromnym akompaniamencie, by wreszcie refren powrócił ze zdwojoną siłą. Świetnie wyprodukowana piosenka, a mimo to jestem pełen obaw, jak wypadnie na żywo. „Wyobcowanie” Blanche dobrze się sprawdza w teledysku, jednak na scenie trzeba do siebie przekonać publiczność. Wiele zależy od wizualizacji, które zostaną wykorzystane. Jeśli efektownie wykorzysta przelatujące smugi światła, to może wizja sceniczna się obroni. Mam też zastrzeżenia co do głosu Blanche na żywo: wydaje mi się, że ta partia została dla niej trochę za nisko napisana, a wokalistka się dusi i jej głos jest mało rezonacyjny. Z tego względu zdarzało jej się przechodzić na wyższe partie. Ale może przy dobrym sprzęcie i nagłośnieniu da się ten efekt zniwelować? Mimo wszystko nie wróżę Belgii zwycięstwa, choć awans do finału i pierwsza dziesiątka jest moim zdaniem pewna. Trzeci rok z rzędu przy trzecim z rzędu nastoletnim wykonawcy! Zadziwiająco zdolna ta belgijska młodzież!

Nie jest tajemnicą, że Eurowizja stała się częścią kodu kulturowego środowisk LGTBQ. Czarnogóra postanowiła więc sprofilować swój występ pod publiczność gejowską. Slavko Kalezić zarówno na teledysku, jak i podczas występów na żywo z piosenką „Space” szczuje nagą klatą (ew. przezierającą zza obcisłego podkoszulka) i wygina biodra wbite w ciasne spodnie, wymachując przy tym długaśnym doczepianym warkoczem (czyżby metafora falliczna?). Tekst piosenki jest obsceniczny i nawet niespecjalnie sili się na metaforę: „Wet dreams, wild nightmares, I surrender/ Come into me from within, we can be as one in the sin” czy „The spaceship is ready to blow, drunk in love, I’m gonna explode” – oj, Slavko nie owija w bawełnę. W połączeniu z rozerotyzowaną choreografią wypada to naprawdę obleśnie. Nie chodzi mi tu o wydźwięk homoertyczny, ale dla mnie Slavkove szczucie klatą niczym się nie różni od polskiego szczucia biustem z 2014 r. Szanuję, że Slavko mierzy się ze stereotypem bałkańskiego mężczyzny-maczo, ale robi to w złym guście, także muzycznym. Jego piosenka to zwyczajne przaśne disco, nazwijmy je: disco-montenegro. Jego głos też nie zachwyca. Za każdym razem, gdy próbuje wskoczyć na wysoki rejestr pod koniec zwrotki, nigdy nie trafia. Warkocz Slavka na pewno stanie się jednym z symboli tegorocznej Eurowizji, jednak nie sądzę, by wokalista zdobył serca mainstreamowej publiczności i awansował do finału.

Norma John to wbrew pozorom wcale nie imię i nazwisko fińskiej wokalistki, ani też jej sceniczny pseudonim. Norma John to nazwa wokalno-fortepianowego duetu, który w tym roku będzie reprezentował Finlandię z piosenką „Blackbird”. Wśród licznych w tym roku (w zasadzie chyba w każdym roku…) eurowizyjnych ballad, piosenka wyróżnia się swoim melancholijnym charakterem. Jest w niej też pewna tajemnica. Głos wokalistki, Leeny Tirronen, świetnie się w tą tajemniczość wpisuje delikatnymi muśnięciami dźwięku w zwrotkach i czarownym wysokim rejestrem w refrenie. Inscenizacja z klasyczną, czarną suknią oraz spowitym w kłęby dymu fortepianem stanowi kolejny pasujący element całej układanki. Instrumentacja piosenki jest bardzo elegancka z dystyngowanymi smyczkami. Do czasu, gdy wchodzi fortepianowy bridge, którego powtarzane figuracje są po prostu irytujące i psują cały nastrój. „Blackbird” to dobra piosenka, jednak w pierwszym półfinale konkurencja jest mocna i nie zdziwię się, gdy Finlandia kolejny już rok nie awansuje do finału. A nawet, gdyby im się to udało, w finale czekać ich będzie prawa strona tablicy z wynikami.

Azerbejdżan to jeden z tych krajów, po których oczekuje się awansu. Jako naftowe mocarstwo kraj stać na najlepszych producentów, którzy serwują lśniące piosenki jakby wprost z zachodnich fabryk przebojów. Nie inaczej rzecz ma się w przypadku piosenki „Skeletons”, z którą na podbój Kijowa wyruszy Dihaj. Spotkamy tu jednak parę nowych i zaskakujących jak na Azerbejdżan elementów. Image Dihaj aż krzyczy: indie! (w sensie „independent” a nie taki kraj), nawet z lekką nutą punkową. Głos wokalistki ma w sobie trudny do bliższego sprecyzowania pierwiastek irlandzki, a teledysk zaczyna się w tradycyjnym pubie. Tak, wszystko tu wskazuje na Wyspy, gdzie zresztą wokalistka studiowała i obecnie rezyduje. Piosenka jest dobra, zaczyna się potężnym uderzeniem dronów, kontrapunktowanych przez elektronikę w wysokim rejestrze. Refren jest chwytliwy, a obecność chórku tylko dynamizuje muzykę. Jednak mózg eksploduje mi przy polifonicznym bridge’u. Ja wiem – to tylko prosty kanon. Ale jednak – polifonia na Eurowizji! I jeszcze wokalne staccato. Jestem kupiony. Azerbejdżan słynie ze świetnych widowisk na scenie, tym razem zafundują nam konia na drabinie i kredową tablicę, przy której będzie szaleć Dihaj. Nie ma więc ryzyka, że zgubią gdzieś ten ciekawy i oryginalny jak na Eurowizję „indie” charakter, jak w Amsterdamie, gdzie Dihaj wystąpiła w futurystycznej srebrzystej błyszczącej pidżamie. Dajcie jej normalny strój, a będzie murowany kandydat do finału, pierwszej dziesiątki, a może i piątki.

Eurowizja w zeszłym roku świętowała swoje sześćdziesiąte urodziny. Portugalska piosenka „Amar Pelor Dois” Salvadora Sobrala cofa nas do czasów powstania konkursu, do czasu ballad śpiewanych na stojąco przed mikrofonem. Jest w tym coś niezwykle uroczego i poruszającego. Głos Salvadora trafia zawsze w punkt, ma w sobie pewną przyjemną miękkość, która sprawi, że podczas słuchania piosenki zmięknie niejedno serce. Nie rozumiem tylko do końca jego zachowania na scenie z portugalskich eliminacji. Oglądając go w telewizji miałem wrażenie, że artysta jest autystyczny. Tymczasem później oglądałem z nim jakiś wywiad, w którym był zupełnie komunikatywny (i świetnie mówił po angielsku, co jak na Portugalię robi duże wrażenie). Styl retro trafia do słuchaczy Eurowizji, czego przykładem był awans do finału dużo słabszej (i znacznie mniej retro) piosenki „One thing I should have done” Johna Kyrayiannisa z Cypru, w której wokalista wystąpił w klasycznym garniturze, w czerni i bieli. Portugalczycy poszli w nieco inną stronę i za scenie zainscenizowali jakiś bajkowy las. Wygląda to pięknie, a i bez tego piosenka na tyle się wyróżnia, że powinna awansować.

„Love, Love, Peace, Peace”, śpiewali w zeszłym roku Petra Mede i Måns Zelmerlöw w najbardziej eurowizyjnej piosence wszechczasów. Wiadomo – miłość i pokój na świecie to dwa najczęściej podejmowane tematy w konkursie. Grecja postanowiła więc w tym roku nie eksperymentować ze sprawdzoną formułą i wysłała piosenkę Demy „This is love”, w której wiele razy pada słowo „love” (a padało jeszcze więcej razy, ale zmienili tekst…) w tak pozytywnym i naiwnym kontekście, że aż można zwymiotować tęczą. No dobrze, ale przecież nikt nie wsłuchuje się w słowa piosenek z Eurowizji. Jaka jest muzyka? Nienajgorsza. Piosenka zaczyna się jak „o nie, kolejna ballada”, ale na szczęście szybko schodzi z tej ścieżki, pojawia się w niej tłusty bit i wszystko staje się bardzo elektro-disco. Nie jest to żaden szczyt wyrafinowania, ale z chęcią bym sobie do tej piosenki potańczył i podejrzewam, że będzie jednym z hitów Euroklubu. Na scenie grecka reprezentacja dobrze ogrywa ten dyskotekowy charakter, jak również urodę Demy. Czy to wystarczy na awans do finału? Ledwo, ale myślę, że jednak tak.

O „Flashlight” Kasi Moś pisałem już obszernie przy okazji Krajowych Eliminacji. Generalnie dalej nie lubię jej piosenki, którą uważam za monotonną i zgrzebną z repetytywnym i nie wpadającym w ucho refrenem. Nie przepadam też szczególnie za głosem „córki znanego polskiego dyrygenta”. „Flahlight” jest napisane w dość niskiej tessiturze i wokalistka trochę się w tej piosence dusi, poza tym chcąc dodać przesłaniu więcej gravitas zdziera głos, czego bardzo nie lubię. Ale muszę przyznać, że Kasia Moś ma znakomitą sceniczną charyzmę i wyciąga ze swojej mizernej piosenki 200%. Poza tym stoi za nią zespół profesjonalistów i już jej oprawa sceniczna podczas Krajowych Eliminacji robiła dobre wrażenie, więc spodziewam się, że w Kijowie będzie tylko lepiej. Testem dla „Flashlight” będzie pierwszy półfinał, w którym nie dość, że konkuruje z dwoma podobnymi power balladami: „Keep the faith” i „World”, to jeszcze nie może liczyć na głosy z wielu tradycyjnie przychylnych Polsce (ze względu na sporą polską diasporę) krajów. Michał Szpak w zeszłym roku wypadł lepiej w finale niż w półfinale, dlatego myślę, że Kasia Moś jednak awansuje, choć z jednego z ostatnich miejsc, a wtedy w finale może spokojnie liczyć na lewą stronę tablicy, a może nawet pierwszą dziesiątkę?

Epic Sax Guy powraca na Eurowizję! Wykonujący sugestywne ruchy biodrami saksofonista stał się jednym z symboli Eurowizji i urósł do rangi memu po występie SunStroke Project w 2010 r. z piosenką „Run Away”. Minęło siedem lat, zespół powrócił w piosenką „Hey Mamma!”, a Epic Sax Guy wciąż ma te ruchy! Nie mogę doczekać się kolejnej fali memów. W 2010 r. sama piosenka i jej oprawa sceniczna oraz kostiumy wykonawców były wyrazem i podsumowaniem złotej dekady kampu na Eurowizji. Konkurs od tego czasu jednak trochę się stonował, ustatkował się też trochę SunStroke Project. Panowie zamiast w Kosmo-futurystycznych strojach wystąpili podczas mołdawskich preselekcji w eleganckich garniturach, a wizualizacje ograniczały się do czerni i bieli. Cóż, czasy się zmieniają. Sama piosenka jest zabawna, z obowiązkowym chwytliwym saksofonowym motywem i zgrabną choreografią. Oczywiście, poza Eurowizją taka muzyka nie ma racji bytu, ale w swoim gatunku „Hey Mamma!” jest perełką. A nakręcony do piosenki teledysk potwierdzający większość stereotypów na temat ról płciowych w Europie Wschodniej, to już małe dzieło sztuki. Epic Sax Guy jest legendą, ale nie wiem, czy SunStroke Project w nowej odsłonie zyska sobie uznanie szerokiej publiczności. Konkurencja w półfinale jest spora, a Mołdawia nie może tym razem liczyć ani na głosy z sąsiedniej Rumunii, ani z Ukrainy.

Na Eurowizji śpiewano już chyba o wszystkim z terminalem lotniczym i ropą naftową włącznie. Ostatnio w śpiewaniu o dziwnych rzeczach przodują nordowie. W zeszłym roku Agnete z Norwegii uraczyła słuchaczy piosenką o lodołamaczu, w tym roku Svala z Islandii śpiewa o… papierze. „Paper” to dziwna piosenka. Zaczyna się jak nowoczesne elektro, refren brzmi jak piosenka Madonny z lat 90. (na co składa się zarówno specyficzny głos Svali, jak i produkcja z charakterystycznym syntezatorowym brzmieniem), jednak po pierwszym pokazie refrenu pojawia się też epizod RnB. Dziwna to piosenka i zupełnie nieskładna, bo zwrotka zmierza w jakąś stronę, ale refren z przeciągłym zaśpiewem „paaaaaaaaaaapeeeer” pojawia się nagle i zupełnie zaskakuje. Ktoś pamięta zeszłoroczny „Iiiiiiiiiicebreakeeeeeeeer”? No to tu jest podobnie. Podobnie więc nie wróżę Islandii awansu w tym roku, tym bardziej, że zeszłoroczna klapa rzekomej pewniaczki do finału, Grety Salóme, pokazała, że Islandia wcale nie ma mocnego zaplecza głosujących na nią krajów.

Podoba mi się nowe eurowizyjne oblicze Czech. Kraj, który kiedyś szorował po dnie Eurowizyjnej tabeli i serwował horrenda w stylu występu „Gypsy.cz” z wokalistą w superbohaterskim kostiumie „Super Gypsy”, po kilkuletniej przerwie powrócił sprofesjonalizowany. Choć na razie wyniki Czechów jeszcze nie imponują, to żaden z dotychczasowych reprezentantów nie przyniósł im wstydu: ani rockowy duet miłosny z 2015 r., ani power ballada z zeszłego roku. Wstydu nie będzie też i w tym roku, bo Martina Bárta jest świetną wokalistką, znakomicie wypadającą na żywo. Większym problem może stanowić jej piosenka „My turn”. Nie dlatego, że jest to zła piosenka, wręcz przeciwnie, słucha się jej zupełnie przyjemnie. Kłopot w stylu piosenki – jazzowej ballady. Jazz to niekoniecznie jest styl, którym podbija się Eurowizję. Czechy mają więc szansę na przyzwoity wynik ze strony jurorów i zero lub prawie zero punktów od publiczności. Z drugiej strony – w Eurowizji często liczy się efekt nowości, więc może odważna decyzja stylistyczna się opłaci, a publiczność się zachwyci głosem Martiny. Może, ale ewentualny sukces Czechów będzie sytuacyjny i zależny od wielu czynników. A i tak sądzę, że „it’s not your turn”, Czesi…

Basówka, perkusja, szorstki głos wokalisty i wideo o niskiej saturacji: widać, że Cypr chce dalej podążać drogą, którą wyznaczył w zeszłym roku zespół „Minus One” z piosenką „Alter ego”. „Gravity”, którą wykonuje Hovig, nie jest jednak piosenką rockową, bardziej wchodzi w klimat RnB z nutą elektroniczną. Wspomniane na początku elementy jedynie dodają jej lekkiego rockowego posmaku. Całkiem przyjemne połączenie. Gdy słucha się początku z charakterystyczną elektroniczną „syreną” (brzmiącej nieco jak alarm z Gwiazdy Śmierci) i klaskanie wrażenie może zrobić produkcja jak spod igły. Niestety, piosenka szybko się robi zbyt repetytywna. Problem stanowi też dla mnie tempo, które nie jest już wolne, ale nie jest też szybkie. Radzę porównać i posłuchać piosenki najpierw normalnie, a potem w tempie 1.25 razy szybszym. Nagle „Gravity” staje się żyletą. A tak może i jest żyletą, ale już stępioną… Nie ma jednak w całym półfinale drugiej piosenki w tym stylu, a Cypr tradycyjnie może liczyć na wysoką punktację od Grecji. Oprawa sceniczna wykorzystuje elementy znane z występu Loïca Notteta sprzed dwóch lat i Sergeya Lazareva sprzed roku, a Hovig będzie walczył z grawitacją balansując na zwizualizowanej linie. Jeśli nie spadnie, „Gravity” ma szanse na finał. W nim jednak zostanie po prawej stronie tabeli z wynikami.

W pierwszej dekadzie XXI wieku na Eurowizji królował eurofolk, triumfując trzykrotnie w latach 2003-2005. Obecnie coraz częściej w Konkursie pojawia się elektrofolk, którego świetnym przykładem był występ Aminaty Savadogo z Łotwy w 2015 r. W tę kategorię wpisać należy piosenkę „Fly with me” Artsvik, która reprezentować będzie Armenię. Partia wokalna w bardzo czytelny sposób nawiązuje do wschodniego folkloru, jednocześnie jednak towarzyszy jej bogata warstwa elektroniczna, w której znów brzmienia zostały zaczerpnięte z tradycyjnych instrumentów. Warstwa na warstwie! Jakby tego było mało, to piosenkę rozpoczyna jazzujący wstęp i myślę, że w przeciwieństwie do czeskiej piosenki, jest to wystarczająca dawka jazzu na Eurowizję, która zaciekawi, ale nie zniechęci. Artsvik ma intrygujący głos, jej hipnotyzujące melizmaty będą przykuwać uwagę, a przejmujące zaśpiewy w wysokim rejestrze – wywoływać ciarki, choć może nie aż takie jak Jamala w zeszłym roku. Na scenie spodziewam się efektownych wizualizacji z motywami ludowymi, atrakcyjnych strojów i widowiskowej choreografii. Jeśli te elementy zostaną spełnione, finał Armenia ma w kieszeni, w którym raczej zajmie środek tabeli.

„On my way” reprezentującego Słowenię Omara Nabera to kolejna w tym półfinale (która to już?) ballada. To też kolejny utwór nieco w stylu retro podkreślanym przez czarno-biały obraz telewizyjnej realizacji podczas słoweńskich preselekcji. Obraz nieco kłócący się ze współczesnym strojem wokalisty i stylem muzycznym pochodzącą raczej gdzieś z piosenek dla nastolatek z lat 80. czy 90. To nie jedyna niespójność piosenki: no bo co robią przegrzane gitarowe brzmienia w tle balladowej smyczkowo-fortepianowej instrumentacji? Zresztą, produkcyjnie piosenka stoi na bardzo słabym poziomie, a smyczkowe zakończenie jest po prostu śmieszne. Do tego piosenka cierpi na przypadłość wielu Eurowizyjnych utworów: może się pochwalić w miarę chwytliwym refrenem, lecz konia z rzędem temu, kto po pierwszym słuchaniu zapamięta coś ze zwrotki. Czy coś mi się w ogóle w tej piosence podoba? Głos Omara, szczególnie, gdy bezbłędnie wchodzi w rejestr falsetowy. Ale to za mało by pociągnąć Słowenię do finału.

Gruzińska piosenka „Midnight gold” otworzyła w zeszłym roku drzwi dla bad tripowych piosenek, przez które weszła w tym roku grupa Triana Park z Łotwy z piosenką „Line”. W przeciwieństwie do gruzińskiego utworu, w „Line” znajdziemy tylko szczyptę indie rocka, za to całą masę elektro-disco, które możemy kojarzyć z poprzednimi reprezentantami Łotwy: Aminatą i Justsem. Ciekawa sprawa, że trzeci rok z rzędu na Łotwie wybierają takie piosenki. Aż mam ochotę na rundkę po ryskich klubach, by sprawdzić, czy rzeczywiście taki jest gust ogółu Łotyszy. Wracając jednak do piosenki: nie podoba mi się. Głos wokalistki, Agnese Rakovskiej, jest nieprzyjemnie szorstki, a wokalistka nie śpiewa czysto. Rozwój ma zastąpić obsesyjne i psychodeliczne powtarzanie paru fraz, a oprawa sceniczna podczas łotewskich preselekcji sprawiała, że bolały oczy. Nie zaskakuje mnie jednak, że piosenka została dobrze przyjęta, bo wiele osób myli dziwaczność z jakością. Przy odpowiedniej oprawie, wizualizacjach i dobrej realizacji telewizyjnej (która bardzo pomogła zeszłorocznej tripowej piosence Gruzinów), „Line” ma szansę wejść do finału. Mam jednak cichą nadzieję, że tak się nie stanie.

Oprócz osiemnastu uczestników w pierwszym półfinale głosować będą również trzy z sześciu krajów, które mają zagwarantowany udział w finale: Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania. Reprezentanci wspomnianych krajów wykonają również na żywo fragmenty swoich piosenek.

Włochy od wielu lat obijają się o podium Eurowizji, ale na zwycięstwo czekają od 1990 r. Być może upragniony triumf przyniesie im Francesco Gabbani, który zelektryzował publiczność festiwalu w San Remo tańcząc na scenie (co tylko pokazuje, jak uroczo konserwatywny jest to konkurs – śpiewakom wciąż towarzyszy tam orkiestra!). „Occidentali’s Karma” to dowcipna piosenka o płytkiej fascynacji ludzi zachodu filozofią wschodu. Piosenka brzmi jak stuningowane Italo disco bardzo dobrej produkcji. Głos Francesca jest nieco zdarty, ale na pewno wiele osób uzna, że właśnie to czyni go seksownym. Choreografia jest bardzo prosta i już widzę, jak cała publiczność w Kijowie zaczyna machać rękami i podnosić nogę „na cztery”. Poza tym refren jest bardzo chwytliwy i aż chce się go śpiewać razem z Franceskiem, a na pewno cała sala będzie ile sił w płucach krzyczeć „ale!”. Wreszcie na scenie wokaliście towarzyszyć będzie tancerz w kostiumie goryla, co będzie wyróżniało piosenkę spośród innych i na pewno dołączy do bogatej kolekcji Eurowizyjnych memów. Francesco Gabbani na scenie jest wulkanem energii, więc jeśli nic nie pójdzie nie tak, to podium ma w kieszeni w dobrymi widokami na pierwsze miejsce.

Hiszpania przechodzi na angielski! Zeszłoroczne „Say Yay!” wydawało się być wyjątkiem od hiszpańskojęzycznej reguły, tymczasem w tym roku Manel Navarro występuje z piosenką „Do it for your lover”, w której jednak zwrotki wciąż są w ojczystym języku, kto jednak by pamiętał o zwrotkach? Utwór przenosi nas na rozgrzane słońcem hiszpańskie plaże, słyszymy – jakżeby inaczej – gitarę i rytmiczne klaskanie, a Manel do znudzenia powtarza „do it for your lover”, ani razu nie wyjaśniając jednak czym miałoby być tajemnicze „it”. Gdybym słuchał tej piosenki na plaży z drinkiem z palemką w ręku, zapewne by mi nie przeszkadzała. W każdych innych warunkach irytuje swoją powtarzalnością i przy kolejnym słuchaniu refrenu mamy już dość głosu Manela, chórkowego „la-la-la” i przetworzonego elektronicznie głosu. Przykro mi, Hiszpanio – trzeci rok z rzędu będziesz szorować po dnie. Następnym razem lepiej się postaraj.

W tym roku mija dwudziesta rocznica odkąd Wielka Brytania świętowała eurowizyjny triumf. W ostatnich latach brytyjscy wykonawcy bądź przechodzili bez echa, bądź przynosili swoim rodakom wstyd. BBC jednak się nie poddaje i wysyła w tym roku znaną dzięki występom w X-Factorze Lucie Jones, która zaśpiewa w imieniu rozgłośni rzewną balladę skierowaną do Eurowizji: „I will never give up on you”. Wśród tegorocznych ballad piosenka wyróżnia się tym, że mimo, iż zwrotki zdają się budować napięcie do dramatycznego refrenu, Lucie Jones nigdy nie podnosi głosu. Gdy zamiast tego wchodzi z delikatnym piano w wysokim rejestrze, efekt porażający. Produkcja jest w punkt: soulowy początek, wariantowany akompaniament, charakterystyczny bridge, rozbudowane wokalizy w ostatnim pokazie refrenu. Wszystko tu jest na miejscu i nawet nie trzeba się uciekać do zmiany tonacji. Piosenka jest na tyle dobra, że komentujący konkurs dla BBC3 Graham Norton powinien parę razy ucieszyć się z drobnych punktów dla Wielkiej Brytanii przez co choć część osób przyznających punkty uchroni się przed ostrzem jego zjadliwego humoru.

Na koniec zostaje mi tylko wróżenie z eurowizyjnych fusów i przewidywanie, kto awansuje do finału. Tradycyjnie szereguję piosenki nie według własnych preferencji a według mojej oceny ich szans w Konkursie.

1. Szwecja
2. Azerbejdżan
3. Armenia
4. Grecja
5. Portugalia
6. Belgia
7. Cypr
8. Mołdawia
9. Australia
10. Polska

11. Finlandia
12. Albania
13. Łotwa
14. Czarnogóra
15. Czechy
16. Gruzja
17. Islandia
18. Słowenia

Nie zdziwię się jednak, jeśli zamiast Polski pojawi się Albania lub Gruzja, zamiast Australii – Finlandia lub Czechy, a Mołdawię zastąpi ktoś z pary Czarnogóra/Łotwa. Jeśli odpadnie ktoś z pierwszych siedmiu miejsc, będę mocno zaskoczony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *