Eurowizja 2018. Przewodnik po pierwszym półfinale

Wracamy!!! Po roku znów przyszła pora na masochistyczne wsłuchiwanie się w eurowizyjne produkcje, snucie przewidywań i szalonych teorii. Zapraszam na przewodnik po pierwszym półfinale tegorocznego Konkursu!

Azerbejdżan odkąd startuje w Konkursie zawsze kwalifikował się do finału. Niektórzy sugerują, że jest to efekt kupowania głosów. Jest też prostsze wytłumaczenie – bogata złożami roponośnymi republika nie szczędzi środków na przygotowanie nowoczesnych piosenek śpiewanych przez kompetentnych wykonawców. W dobrze naoliwionej azerskiej eurowizyjnej maszynie słychać ostatnio jednak pewne zgrzyty. Od czterech Konkursów Azerbejdżan znajdował się w finale poza pierwszą dziesiątką, której nie opuszczał w swoich pierwszych sześciu podejściach. Czy oznacza to, że „w Europie nie ma już słabych piosenek” i coraz bliżej momentu, gdy Azerowie nie wejdą do finału? Być może, jednak nie wróżyłbym tego jeszcze w tym roku. X my heart śpiewana przez Aisel jest nowoczesną piosenką w szybkim tempie (na tyle, że za pierwszym przesłuchaniem musiałem sprawdzić, czy nie mam ustawionego odtwarzania w tempie 1.25). Podoba mi się elektroniczny podkład przypominający lekkie pykanie głośnika. Nie podoba mi się za to krzykliwy przed-refren i dość absurdalny tekst. „I’m stronger than cannonballs”? Co to za metafora?! Szesnastowieczna?! Pomimo tego piosenka ma chwytliwy refren, a Aisel jest pełna uroku, choć śpiewa z dziwnie staroświecką manierą głosu. Azebejdżan na pewno nie pożałuje środków na efektowną oprawę sceniczną i zobaczymy efektowną choreografię. Pewny awans do finału, gdzie piosenka raczej znajdzie się znów poza pierwszą dziesiątką.

Obok miłości, pokój na świecie jest najpopularniejszym tematem na Eurowizji. Śpiewanie o pokoju przyniosło jedno zwycięstwo – Niemcom w 1982 – i licznych naśladowców, którzy wysyłają przesłodzone piosenki z naiwnym przekazem. Tą drogą poszła w tym roku Islandia i Ari Ólafsson z piosenką Our Choice. Ari ma naprawdę dobry głos o szerokiej skali: zaczyna dźwięcznym barytonem, w refrenie wchodzi w czysty falset. Wokaliście początkowo towarzyszy stereotypowy fortepianowy akompaniament, a gdy piosenka się rozwija – równie stereotypowy, gitarowo-perkusyjny, usiłujący oddać rosnące napięcie i emocje w piosence. Usiłujący, bo wszystko to wypada bardzo sztucznie. W zeszłym roku dosyć podobną charakterystykę głosu i spokojną balladową piosenkę miał reprezentujący Irlandię Brendan Murray. Brendan odpadł z kretesem w półfinale i to samo wróżę Ariemu.

Albańskie eliminacje do Eurowizji odbywają się pod koniec grudnia i to albańską piosenkę zazwyczaj poznajemy jako pierwszą lub jedną z pierwszych. Jednocześnie regulamin albańskiego konkursu nie jest przystosowany do eurowizyjnych wymogów, więc zwycięskie piosenki często przechodzą intensywne przeróbki. Nie ominęło to też Eugenta Bushpepy, tegorocznego laureata, który swoją rockową balladą Mall przełamał czteroletnią albańską passę solowych żeńskich power ballad. W oryginale piosenka trwała ponad cztery i pół minuty, a na refren trzeba było czekać prawie dwie minuty. Zgodnie z przewidywaniami podczas skrótów wycięta została druga zwrotka. Eugent ma mocny głos, na pewno potrafi dobrze śpiewać na żywo. Ciekawie brzmi chórkowy bridge, niestety smyczkowy podkład – już dość tanio, jakby pożałowano pieniędzy na lepsze sample, natomiast jednostajny gitarowy akompaniament szybko się nudzi. Instrumentalne przejście w 2:15 jest już w ogóle osobnym rozdziałem na temat złej produkcji. Rock nie jest popularnym wyborem wśród eurofanów. Być może świadomi tego Albańczycy, postanowili w oficjalnym wideo nieco ugrzecznić image Eugenta, a wprowadzając mocny bębnowy akompaniament – dodać delikatny element etniczny. Mimo wszystko jednak podejrzewam, że Albania kolejny rok z rzędu nie zakwalifikuje się do finału.

Ostatnie trzy lata z rzędu Belgia wysyłała na Eurowizję zdolnych nastolatków, którzy zajmowali znakomite miejsca w pierwszej dziesiątce. Reprezentująca kraj w tym roku Sennek nastolatką wprawdzie już nie jest, ale seniorką też nie. Czy jednak wprowadzi swój kraj do czołowej dziesiątki? Jej piosenka Matter of time ma wysokie walory produkcyjne. Głuche, niskie fortepianowe akordy tworzą napięcie, a przeciągły głos wokalistki przykuwa uwagę. Całość ma w sobie charakter power ballady w stylu bonzowskim. Wzorcem jednak nie jest tu Skyfall, to któraś inna piosenka… o, zaczyna się refren… tak, już wiem! Sheryl Crowe i Tomorrow never dies. Jest to na pewno dobrze wyprodukowany utwór, choć jednak trochę wtórny. Wszystko będzie zależeć od wykonania na żywo i oprawy scenicznej. Jeśli na scenie uda się odtworzyć tajemniczy klimat z początku piosenki a głos Sennek będzie na żywo równie mocny i wciągający jak na nagraniu, to Belgia kolejny rok znajdzie się w finale (choć ostatecznie raczej też poza pierwszą dziesiątką). Urywki z prób wyglądają dość niemrawo. Jeśli tak będzie, to piosenka może nawet odpaść w półfinale.

W zeszłym roku Eurowizję ponownie podbił Epic Sax Guy – mołdawski saksofonista wykonujący sugestywne ruchy biodrami podczas udawania gry na instrumencie. W tym roku Czechy reprezentować będzie być może Epic Trumpet Guy ze względu na chwytliwy trąbkowy riff z piosenki Lie To Me Mikolasa Josefa. Piosenka jest bardzo funkowa, a połączenie blachy, basu, lekkiej gitary i perkusji skutkuje prostą, ale atrakcyjną instrumentacją. I tylko żałuję, że tuba odzywa się tylko raz w końcówce – zdecydowanie powinna być trzy razy! Mikolas na scenie jest pewny siebie, a do tego potrafi się ruszać, co przy tak tanecznej piosence jest bardzo ważne. Piosenka jest wprawdzie dość „dirty”: traktuje o dziewczynie, która zdradzała swojego chłopaka, a w pierwotnej wersji pojawiło się trzykrotnie słowo „fuck”, które musiało być ocenzurowane pod zasady Konkursu. Jednocześnie jak jednak nie docenić wielbłąda, który występuje w piosence jako metafora falliczna – tego jeszcze nie słyszałem! A gdy na teledysku Mikolas czochra wielbłąda, to… cóż… mamy nowe slangowe określenie onanizmu? Zostawmy jednak tekst na chwilę na bok i bawmy się przy tej czeskiej piosence, która ma duże szanse na awans do finału.

„I’m not afraid to grow old, if I have your hand to hold”. Litewska piosenka When we’re old Ievy Zasimauskaitė podstępnie chwyta nas za serce ideą wspólnego starzenia się (trochę jak pierwsze pięć minut Pixarowego Up!). Temat starości wszystkich nas dotyczy, wszyscy pewnie nie chcielibyśmy być wtedy samotni, nic dziwnego, że piosenka działa. Muzycznie jest utrzymana nieco w stylu anglosaskich ballad z lat 90. Ieva ma bardzo delikatny głos, w niskim rejestrze lekko nosuje, co sprawia, że w wykonaniach na żywo początek wypada bardzo blado. Pewna wrażliwość głosu Blanche z Belgii w zeszłym roku bardzo dobrze zadziałała na eurowizyjnej scenie, jednak jej piosenka była znacznie lepsza. Słuchając litewskiej piosenki, wszyscy się może trochę wzruszymy, ale raczej nie na tyle, żeby sięgnąć po telefon i zagłosować, szczególnie, że reprezentantkę Litwy okalają faworyzowane piosenki z Czech i Izraela. Wstydu nie będzie, ale finału też nie.

Izrael jest w tym roku jednym z murowanych kandydatów do zwycięstwa w całym konkursie. Piosenka Netty Toy stanowi idealnie skrojone pod Eurowizję zdrowe połączenie kampu bliskowschodniego popu i przekazu społecznego. Jakiego? Walki o godność kobiet, zainspirowaną ruchem #metoo. „I’m not your toy, you stupid boy!” – śpiewa Netta. I choć nie podoba mi się to słowo „stupid”, bo nazywanie drugiej strony głupią nigdy nie jest rozwiązaniem, to w pełni zgadzam się, że kobieta nie jest niczyją zabawką. Po prostu „I’m not your toy, my little boy” brzmiałoby dla mnie lepiej. W piosence znajduje się odwołanie także do Wonder Woman – filmowego fenomenu female empowerment zeszłego roku. Bardzo podoba mi się klip do piosenki, w którym tancerki (część z nich ujrzymy także na scenie w Lizbonie) tańczą do muzyki, ale nie jako obiekt seksualny (choć przecież są bardzo atrakcyjne), lecz po prostu swobodnie wyrażając ekspresję swojej kobiecości. Wspaniała jest również Netta, która świadoma jest siebie, swojego ciała, nosi je z dumą i godnością i trudno się nie zgodzić, gdy śpiewa „look at me, I’m a beautiful creature”. Muzycznie piosenka jest bardzo chwytliwa z przewodnim motywem akompaniamentu stanowiącym wersję riffu z Seventh Nation Army, tylko że w skali bliskowschodniej. Onomatopeiczne odzywki Netty (np. gdy udaje kurczaka!) jedynie dodają piosence szaleństwa. Tu jednak pojawia się zagadka odnośnie piosenki. Netta jest wokalistką tworzącą swoje podkłady na żywo przy użyciu loopera. Jak poradzi sobie na scenie w Lizbonie, gdzie – w myśl zasad konkursu – wszystkie partie wokalne muszą być wykonywane na żywo? Jak będzie układać się jej współpraca w chórzystami? Miejmy nadzieję, że dobrze, bo naprawdę liczę na tegoroczne zwycięstwo Izraela. Tel Aviv 2019!!!

W tym roku scena w Lizbonie pozbawiona będzie wielkich LEDowych ekranów, do których przyzwyczaiły nas poprzednie Konkursy. Jak w takim razie obejść to ograniczenie i stworzyć efektowne widowisko? Może np. ubrać wokalistę w LEDowy kostium? Taką propozycję zgłosiła Białoruś, której reprezentant – Alekseev – występował w takim stroju podczas lokalnych preselekcji w piosence Forever. Świecący kostium na pewno go pozytywnie wyróżniał, choć artysta zrezygnował z niego w Lizbonie. Przesadnie otwarta emisja (tzw. na żabę), bardzo słaby falset, intonacja ciągle lekko pod dźwiękiem i angielszczyzna z mocnym wschodnim akcentem też go wyróżnia, ale już raczej negatywnie. Gdy dodamy do tego zupełnie nijakie zwrotki i prozodyczne potknięcia w refrenie (ten okropny akcent: fo-re-VEEEEER), otrzymamy jednego z mocnych kandydatów do eliminacji w półfinale. Szczególnie, że kraje tradycyjnie głosujące na Białoruś: Ukrainę i Rosję (wciąż jednak są w czymś zgodne!) wylosowano do innego półfinału.

Estonia jest jedną z tych eurowizyjnych nacji, których po prostu nie rozumiem. Estońskie piosenki z ostatnich lat są po prostu smętne, monotonne i staroświeckie i zupełnie nie rozumiem szumu wokół nich (począwszy od Goodbye to yesterday z 2015, które w niepojęty dla mnie sposób zajęło siódme miejsce, po zeszłoroczną Veronę, która ku mojej satysfakcji ostatecznie odpadła w półfinale). Nie rozumiem też estońskiej fascynacji włoszczyzną, bowiem rok po Veronie zaproponowali piosenkę La forza, w której wokalistka Elina Nechayeva śpiewa po włosku pop-operową arię. I choć wokalistka stoi na podobnym rusztowaniu, co Cezar w 2012 r., to jednak nie jest ucharakteryzowana na wampira, nie towarzyszą jej pomalowani na czerwono tancerze i w ogóle brakuje jej całej tej kampowej otoczki. Nie może też zaoferować narracji i napięcia tworzonego przez pop-operowy tercet Il Volo w piosence Grande Amore z 2015. Ot, Elina stoi, krzywi twarz, wymachuje ramionami i śpiewa, nawet nie specjalnie dobrze: w niskim rejestrze z przydechem, bardzo piersiowo, a w górnym – nieprzyjemnie ostro i nieczysto. Gdy przed ostatnim pokazem refrenu następuje pasaż przez dwie oktawy, za każdym razem parskam śmiechem, tak bardzo jest przerysowany. Słowem – uważam piosenkę za szalbierstwo, choć obawiam się, że wielu się na nie nabierze, chyba że Elina spektakularnie sfałszuje w półfinale.

W latach 2014-2015 Bułgaria zrobiła sobie przerwę od Eurowizji i po dwóch latach powróciła odmieniona nie do poznania. Z konkursowego popychadła, któremu tylko raz udało się dostać do finału, stała się z miejsca jednym z potentatów, zajmując dwukrotnie miejsce w pierwszej piątce. Wszystko za sprawą kompozytora i producenta Borislava Milanova, który współtworzył obydwie bułgarskie piosenki i brał udział również w tegorocznej produkcji. Bones w wykonaniu grupy Equinox nie odstaje od swoich poprzedniczek. Utwór zaczyna się od przetworzonego motywu ludowego. Niskobrzmiące drony tworzą wrażenie niemal kosmicznej głębi, a wysokie głosy wchodzące w przed-refrenie – nieziemskiej przestrzeni. I rzeczywiście coś w tej piosence jest kosmicznego, nawet w warstwie tekstowej. Słysząc piosenkę oczami wyobraźni widzę czołówkę serialu SF traktującego o kondycji ludzkości w dobie eksploracji kosmicznej. Grupa Equinox stanowi zespół dobrych głosów, jeśli tylko umiejętnie rozegra się ich dialogi i ansamble na scenie, to Bułgaria znów może liczyć na miejsce w ścisłej czołówce.

Ostatnie pięć lat Macedonia nie potrafiła przebić się do finału. Nie udało się to nawet w zeszłym roku, gdy Jana Burčeska miała chwytliwą i żywą piosenkę, a w poprzedzającej występ wizytówce zagrała na emocjach ujawniając, że jest w ciąży. Skoro więc wtedy się nie udało, to czy szanse ma duet Eye Cue z piosenką Lost and Found? Być może, gdyż wokalistka, Marija Ivanovska, znacznie lepiej śpiewa na żywo, dobrze też rusza się na scenie. Piosenka stanowi dość dziwne połączenie reggae’owego riffu i pop-rockowego refrenu. Każdorazowo czuję też lekki niedosyt, gdy wokalistka śpiewa tytułowe „we’ll be lost and we’ll be…” i nie dośpiewuje ostatniego słowa. Dziwnie też brzmi refren pojawiający się w tle przed jego podjęciem przez Mariję. O ile w wersji studyjnej słychać to jako jakieś dalekie echo z taśmy, na żywo pomysł nie prezentuje się już tak dobrze. Pomimo to, piosenka jest żywa, szczególnie w refrenie, a Marija śpiewa czysto, bardzo miękkim, aksamitnym głosem. Czy to wystarczy na awans? Nie jestem pewien, wiele może zależeć od oprawy scenicznej. W urywkach z prób widziałem głównie tańczące modelki…

Crazy reprezentującej Chorwację Franki jest drugą w stawce quasi-bondowską power balladą, w związku z czym przyjdzie jej rywalizować z faworyzowaną piosenką Sennek. O ile tam jednak w bardzo prosty sposób nawiązano do Sheryl Crowe, to w chorwackiej piosence posklejano ze sobą znacznie więcej elementów, tworząc muzycznego potwora Frankensteina (a właściwie raczej – Frankasteina). Mamy zatem bondowski początek, przedrefren niczym z innej piosenki (melodyka trochę przypomina ’74-‘75 The Connells, ale wiem, że jest jeszcze inna piosenka, która jest jeszcze bardziej podobna). Refren wraca do stylistyki bonzowskiej, ale kończy dziwnym LO-O-O-VE. Po refrenie nie wiadomo skąd pojawia się melorecytacja. Wrażenie muzycznego chaosu nie opuszcza do końca piosenki. Nawet jeśli Franka zaśpiewa doskonale, a oprawa wizualna będzie zapierać dech w piersiach, niedostatków piosenki może nie dać się ukryć. Wydaje się za to, że Chorwacja po dwóch latach znów chce zawalczyć o Barbara Dex Award dla najgorszego kostiumu dziwną motylą suknią.

Cesár Sampson w ostatnich dwóch Konkursach występował w chórkach, wspierając reprezentantów Bułgarii. W tym roku przyszedł czas na reprezentowanie rodzimej Austrii i występ solowy. A może nawet soulowy, bowiem piosenka Nobody but you aż ocieka soulowym charakterem z typowo gospelowymi chórkami w tle. Głos Cesára jest bardzo specyficzny: niezwykle precyzyjny i czysty, a przy tym charakteryzujący się pewną chropowatością, nasyceniem głębią. Na żywo wypada bardzo pewnie, jego brzmienie praktycznie niczym się nie różni od tego z wersji studyjnej. Z drugiej strony piosenka jest dla mnie w połowie drogi – ani liryczna, ani dynamiczna, nieco przerysowana przez nadmierne wyeksponowanie elementu gospelowego. Austria od czasu sukcesu Conchity ma dobrą passę czterech kolejnych finałów, a w półfinale kilku sąsiadów i przyjaciół z dawnej monarchii Habsburgów, od których może liczyć na głosy. Jeśli jednak załapie się do finału to raczej z jednego z ostatnich miejsc.

„Drums! There have to be drums!” mówiła Petra Mede podczas finału w 2016 r., podając przepis na idealną eurowizyjną piosenkę. Radę tę mocno do serca wzięli sobie Grecy, a piosenka Oneiro Mou momentami aż trzęsie się od uderzeń w bębny i można być niemal pewnym, że obejrzymy je na scenie w Lizbonie. Do tego dochodzi tak charakterystyczny dla greckich piosenek element etniczny, objawiający się przede wszystkim w mistycznym wielogłosowym refrenie. Piosenka śpiewana jest w języku narodowym (to zresztą w tym roku akurat dość popularny trend), co tylko przysporzy jej zwolenników wśród Eurofanów ceniących europejską różnorodność. Głos Yani Terzi dobrze podkreśla mistyczny, czy dosłownie: oniryczny charakter piosenki, a atrakcyjny refren jest w stanie przykryć fakt, że zwrotek w ogóle nie da się zapamiętać. Bębny przyniosły Danii zwycięstwo w 2013 r., wielokrotnie triumfowały też piosenki z wyraźnym elementem etnicznym. W przypadku Greckiej piosenki może nie szedłbym aż tak daleko, ale finał ma pewny, podobnie jak 12 punktów od Cypru w półfinale.

Eurowizja już od lat osiemdziesiątych była platformą ekspresji dla środowisk LGBT. Pamiętamy sensualnie dotykającego swoich skórzanych spodni Paula Oscara z Islandii – pierwszego otwarcie homoseksualnego uczestnika konkursu, pamiętamy kolejne występy drag queens. W tym roku pora na porcję queeru w żeńskim wydaniu za sprawą Saary Aalto z Finlandii, która w piosence Monsters śpiewa o potworach, których już się nie boi i można się domyślać, co te słowa oznaczają dla przedstawicieli mniejszości seksualnych. Jeśli dodamy do tego dziwaczne kostiumy, jaskrawe kolory i tancerzy przebranych za tytułowe potwory, otrzymamy najbardziej kampową piosenkę tegorocznego Konkursu. Gdy jednak odejmiemy element kampowy otrzymamy dość przeciętne disco. Saara Aalto śpiewa czysto, choć emisyjnie potrafi jednocześnie przejaskrawiać i nosować, co skutkuje dość brzydką barwą. Niedostatki głosu nadrabia jednak sceniczną charyzmą. Czy to wystarczy, żeby awansować do finału? Trudno powiedzieć, Finlandia nie jest jednym z konkursowych pewniaków, a głosy środowisk LGBT w zeszłym roku nie pomogły Slavko Kalezićowi, choć fakt – Slavko miał słabszą piosenkę i fałszował okrutnie. Mimo to, Finlandia na pewno będzie miała trudności z awansem z mocno obsadzonego półfinału.

Wspominałem, że w tym roku na topie znów są języki narodowe (odchodzenie od angielskiego nie powinno dziwić w dobie Brexitu). Jednym z krajów, które wyznaczają ten trend jest Armenia. Piosenka Qami jest pierwszym utworem w Konkursie w języku ormiańskim. A przecież Armenia to państwo o niezwykłego i wielowiekowej historii, które przyjęło w czasach, gdy nasi przodkowie biegali po latach nawet nie śniąc o tym, żeby kogoś uczyć jedzenia czymkolwiek. Do tej tradycji zdaje się nawiązywać Sevak Khanagyan śpiewający w kostiumie przypominającym zbroję, niczym wojownik starożytnego królestwa. Jego piosenka jest bardzo mistyczna, a refren przeciągły i przejmujący. Wiele tej aurze przydaje niezwykła melodia języka ormiańskiego. Sevak ma bardzo dobry głos i prezencję sceniczną. Na swoje nieszczęście ma też bardzo podobną w charakterze piosenkę do Grecji i śpiewa ją raptem dwa utwory później. Nie sądzę, żeby obydwa podobne utwory awansowały do finału, a w bezpośrednim starciu faworytem jest Grecja, szczególnie, że Armenia nie może w półfinale liczyć na głosy sąsiedniej Gruzji, Ukrainy i Rosji, gdzie dobrze znany jest Sevak, ani Francji, gdzie zamieszkuje spora diaspora Ormian – wszystkie te kraje głosują w drugim półfinale. Armenia może jedynie liczyć (i na pewno się nie zawiedzie) na okrągłe zero punktów z Azerbejdżanu, z którym się serdecznie nienawidzą.

Szwajcaria – kraj, w którym zaczęła się Eurowizja – czeka na zwycięstwo w Konkursie już od 30 lat, a i wówczas z pomocą musiała im przyjść Kanadyjka, Céline Dion. W ostatnich latach Szwajcaria szoruje po dnie eurowizyjnej tabeli. Kto jednak nigdy nie skompromitował się w Konkursie, niech pierwszy rzuci kamieniem. O rzucaniu kamieniami (a właściwie – nierzucaniu) traktuje właśnie szwajcarska piosenka bratersko-siostrzanego duetu ZiBBZ. Piosenka ma w sobie coś protest songu, trochę indie-popowego charakteru, a wokalistka Corinne „Coco” Gfeller – całkiem spoko kapelusz i sporo scenicznej charyzmy. Całkiem przyjemnie zapowiada się początek z mocnymi uderzeniami perkusji i synkopowanymi kwestiami Coco. Refren robi się jednak dość krzykliwy, nie podoba mi się tez, że przed-refren za pierwszym razem pojawia się w rozbudowanej wersji, a potem już tylko skróconej. Ale w sumie to drobiazg. W zeszłym roku Salvador Sobral zwyciężył w Kijowie przy wsparciu swojej siostry, ale tego sukcesu nie wróżę rodzeństwu Gfellerów. Więcej – w mocno obsadzonym finale może okazać się, że „no one ain’t throwing votes”.

Irlandia wciąż chyba nie może otrząsnąć się po szoku czterech wygranych w ciągu pięciu lat w latach 1992-1996 i w ostatnich latach osunęła się przeciętność. W tej sytuacji Irlandczycy postanowili postarać się o poparcie środowisk LGBT i wypuścili klip do ich tegorocznej konkursowej piosenki, w którym dwóch mężczyzn romantycznie tańczy na ulicach irlandzkiego miasta (zapewne Dublina), wśród morza product placements. Przez analogię do teledysku do hitu Eda Sheerana, przezwałem irlandzką piosenkę Galway Gay. Piosenka stanowi dość stereotypową balladę z delikatnym gitarowo-fortepianowym akompaniamentem, chórkami których wielogłos nieco dynamizuje utwór, a przede wszystkim niezmierzoną ilością falsetu, od którego już czasem może rozboleć głowa. Ryan O’Shaughnessy ma dobry głos i we wszystkie falsetowe dźwięki na ogół trafia. Piosenka jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia i raczej przepadnie w półfinale.

Czy wszyscy pamiętają, jak dwa lata temu Polska znajdowała się na szczycie listy bukmacherów do wygrania w konkursie? Wszystko za sprawą piosenki Margaret Nothing can’t cool me down, która ostatecznie odpadła na etapie Krajowych Eliminacji. Może i dobrze, bo Michał Szpak potem zajął ósme miejsce w Konkursie, a Margaret wciąż nie potrafi śpiewać na żywo. Po co jednak o tym wspominam, skoro powinienem teraz pisać o reprezentantce Cypru? Otóż piosenka Eleni Foureiry Fuego przywodzi na myśl polską piosenkę nie tylko żywym tempem, rytmem r’n’b i głosem, imitującym Rihannę. Posłuchajmy jeszcze tekstu refrenu „Coz I’m burning up and I ain’t coolin’ down, Yeah I got the fire”. Brzmi znajomo, prawda? Piosenka łączy w sobie elementy greckiego folkloru (szczególnie we wstępie i instrumentalnych łącznikach) z latino-popem (co zrozumiałe, skoro tytuł jest hiszpańskojęzyczny) w dość tani miks, jednak na tyle chwytliwy, że Cypr nie powinien mieć problemu z awansem do finału szczególnie przy tradycyjnym wsparciu głosów z Grecji. U mnie piosenka ma dodatkowy punkcik za pierwotne wideo sponsorowane przez firmę handlującą owocami, w związku z czym Eleni pozowała w nim w towarzystwie ananasów i bananów. Z oficjalnego wideo, owoce niestety już zniknęły… 🙁

Tradycyjnie usłyszymy w półfinałach również piosenki reprezentantów tzw. wielkiej piątki i gospodarza Konkursu, którzy automatycznie kwalifikują się do półfinałów. W pierwszym będą to piosenki z Portugalii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.

Portugalia wykazuje na Eurowizji podziwu godną konsekwencję przeważnie wysyłając spokojne i bardzo klasyczne ballady w języku portugalskim. Skoro ta konsekwencja przyniosła im wreszcie zwycięstwo w zeszłym roku po 53 latach (tak!) oczekiwania, to po co zmieniać formułę. O jardim Cláudii Pascoal jest właśnie taką delikatną balladą śpiewaną delikatnym głosem przez delikatna wokalistkę. Powolny fortepianowy akordowy akompaniament, stopniowo zostaje wzbogacony o lekko pulsujący w tle beat, gitarę, wreszcie perkusję i drugi głos należący do Isaury, kompozytorki piosenki. Dzięki temu ta dość prosta i powtarzalna ballada nie sprawia wrażenia następstwa zwrotek i refrenów, lecz jednego trzyminutowego łuku napięciowego. Cláudia wkłada w wykonanie wiele emocji, podczas finału eliminacji w Portugalii na koniec piosenki zaczął łamać się jej głos, a w oczach pojawiły się łzy. Podobny wodotrysk zastosowała w 2015 r. Polina Gagarina z Rosji i zajęła ostatecznie drugie miejsce. Nie wróżę Portugalii tak dobrego wyniku, ani tym bardziej powtórki z zeszłorocznego sukcesu. Ale na pewno piosenka może liczyć na mocny środek tabeli.

Hiszpania w zeszłym roku spadła na dno za sprawą Manela Navarro, który do dziś nie wyjaśnił, czym było „it” w piosence Do it for your lover. W tym roku przestała więc starać się wysyłać kolejne europopowe hity w całości lub przynajmniej częściowo w języku angielskim, a zamiast tego postanowili naśladować swoich zachodnich sąsiadów i przedstawić piosenkę, która będzie klasyczna, spokojna i piękna. Tu canción Amai i Alfreda, to nieco staroświecki duet miłosny rozgrywany początkowo od fortepianów (nie ma ballady bez fortepianu!), a później już wyśpiewywany twarzą w twarz, za które zresztą oboje wokalistów się czule łapie (w rzeczywistości są parą, więc chemia pomiędzy nimi jest autentyczna). W stosunku do pierwotnej wersji piosenka była naprawdę słodka. Później piosenka przeszła lekki revamp i postanowiono ją udramatycznić dodają szczególnie w zakończeniu więcej smyczków w tym patetyczne podejścia. Niby ok, każdy lubi gravitas, który wnosi sekcja smyczkowa, ale umówmy się szczerze – kto bierze ze sobą orkiestrę na randkę? Podobnie jak w przypadku piosenki z Portugalii przewiduję środek stawki w finale – w tym roku Hiszpanie będą jednak minimalnie wyżej od swoich sąsiadów.

Kryzys tożsamości, który trawi Europę bardzo dobrze odzwierciedla w tym roku liczba politycznie zaangażowanych piosenek. Ari z Islandii śpiewa o „wyborze, którego możemy dokonać”, politycznie angażują się reprezentanci Francji czy Włoch. Sytuację nieco stara się łagodzić SuRie z Wielkiej Brytanii śpiewając w piosence Storm, że „storms don’t last forever” i proponuje: „we can hold our hands together through this storm”. Trochę wieje hipokryzją w momencie, gdy Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską, czyż nie? Raczej rezerwy całej Europy wobec izolujących się Brytyjczyków nie złagodzi cukierkowa i mocno najntisowa piosenka o pokoju z gospelowym bridgem. Przykro mi Brytyjczycy, ale w tym roku znów znajdziecie się w dolnych rejonach tabeli z pewnymi widokami na ostatnie miejsce.

No dobrze, to przyszła pora na moje typy na awans do finału tradycyjnie uporządkowane nie według moich upodobań, lecz według szans, jakie daję piosenkom na awans.

1. Izrael
2. Bułgaria
3. Czechy
4. Azerbejdżan
5. Cypr
6. Estonia
7. Austria
8. Belgia
9. Grecja
10. Finlandia
11. Armenia
12. Macedonia
13. Szwajcaria
14. Chorwacja
15. Litwa
16. Albania
17. Białoruś
18. Irlandia
19. Islandia

Nie obraziłbym się, gdyby Estonia wypadła z tej stawki. Dopuszczam też możliwość, że Armenia jednak wyprzedzi Grecję. Kibicuję Finlandii, ale nie jestem pewien ich sukcesu. Jak będzie w rzeczywistości – zobaczymy już dziś wieczorem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *