Dziennik kwarantanny, cz. 4

Osoby, które mnie lepiej znają oraz czytelnicy, którzy pamiętają tekst o pielgrzymkach, dobrze wiedzą, że jestem praktykującym katolikiem. Kiedy jednak na kwarantannie wszystkie dni są do siebie podobne, trudno jest święcić dzień święty. Problem ten paradoksalnie występuje także na pielgrzymkach, gdzie codziennie idzie się, śpiewa i uczestniczy w Mszy. Skarżyła mi się kiedyś na to jedna ze starszych pątniczek. Odpowiedziałem, że w takim wypadku trzeba zrobić coś – choćby małego – co uczyni ten dzień innym od pozostałych. Ja np. się ogoliłem. „A ja zmieniłam dziś bieliznę!” – odpowiedziała wyraźnie pokrzepiona kobieta. Wszystko leży więc w drobnych rytuałach. Dziś przed wysłuchaniem transmisji Mszy z mojej rodzinnej parafii (miałem akurat ochotę być bliżej domu) przygotowałem odpowiednio całą przestrzeń i porządnie się ubrałem. Co z tego, że byłem sam? Tym bardziej odczułem, jak bardzo ważne są te drobne rytuały towarzyszące przeżyciu liturgii. Bo choć religia to sprawa duchowa, człowiek jest jednak istotą całkiem fizyczną.

Jakość dźwięku w transmisji była średnia, więc potem już nie zostawałem wysłuchać Gorzkich żali. Zresztą, jeśli Gorzkie żale, to tylko Aleksandra Kościówa.

Tydzień temu byłem na Mszy w języku polskim w Bergen (akurat trafiła się dwie przecznice od festiwalowych wydarzeń w przerwie między koncertami). Wspólnota zaskakująco żywa, kościół pełny, śpiewa schola z towarzyszeniem skrzypiec, wiolonczeli i lubującego się w jazzujących harmoniach klawiszowca. Jedynym znakiem, że jakaś epidemia się nasila (wówczas w kilkakrotnie mniejszej Norwegii było już ok. dwustu chorych), były zasłonięte kropielnice. Gdy przekazywałem znak pokoju przez skinienie głowy ignorując wyciągnięte ręce, patrzono na mnie trochę dziwnie. Dziś w Polsce było ograniczenie liczby wiernych do 50 osób, instrukcje o przyjmowaniu komunii na rękę (niestety, niewiele osób skorzystało z tej możliwości) i przekazywaniu znaku pokoju bez podania ręki. I tak, było trochę zamieszania w sprawie niedzielnych Eucharystii. Padło ze strony hierarchów trochę wypowiedzi lekkomyślnych, trochę skandalicznych. Ale największy mam żal do polityków, którzy nie usiłowali ze swojej pozycji wpłynąć na te decyzje, które potencjalnie mogły zaszkodzić wielu wiernym. Chrześcijaństwo – wbrew opinii osób z religią niewiele mających wspólnego, że wiara to sprawa indywidualna – przeżywa się we wspólnocie. Ma zbliżać nie tylko do Boga, ale i do drugiego człowieka. Kluczowe jest przyjmowanie sakramentów. Stąd decyzja o odwołaniu Mszy czy ograniczeniu liczby wiernych musiała być trudna. Dobrze, że została podjęta.

Niedziela to też dzień, kiedy nie obowiązuje post (gdyby policzyć dni od środy popielcowej do Wielkanocy wychodzi nie 40, a 46 dni – te sześć dni różnicy to właśnie niedziele). Mogłem więc sobie obejrzeć coś z Netflixa czy HBO GO, z których zrezygnowałem w ramach wyrzeczeń (swoją drogą na wielki post obiecałem sobie też, że nie będę żałował nikomu swojego czasu na spotkanie… spróbuj to realizować w warunkach kwarantanny!). Myślałem nawet, czy by tak w temacie niedzieli nie obejrzeć Kleru, który ostatnio zadebiutował na Netflixie. Ostatecznie, nie starczyło mi na to czasu, ale zamiast tego można sobie posłuchać nagradzanej muzyki Mikołaja Trzaski do filmów Smarzowskiego.

„Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie” – rozbrzmiewała suplikacja po wszystkich Mszach. W tym powietrzu oczywiście nie chodzi o huragany (w naszej części globu raczej niewystępujące), a o morowe powietrze, zarazę. Niech zatem trzyma się od nas jak najdalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *