Dziennik kwarantanny, cz. 10

Przypadająca dziś czwarta niedziela Wielkiego Postu nazywana jest Leatare, czyli „radujcie się!”. W liturgii w tę niedzielę (oraz trzecią niedzielę Adwentu – Gaudete) kolor szat liturgicznych zmienia się z pokutnego fioletowego, w nieco bardziej radosny róż (i czasami te szaty są naprawdę intensywnie różowe). Jestem świadomy, że dzienniki kwarantanny ostatnio robiły się ostatnio coraz bardziej depresyjne, więc dziś postaram się posłuchać wezwania leatare! I wybrać coś radosnego do posłuchania.

Chyba nie ma czystszej radości niż radość dziecka, jest w niej pewna niewinność. Zresztą, nie napisałbym w temacie nic nowego, co już napisał Mickiewicz w epilogu Pana Tadeusza. Do tego niewinnego dziecięcego świata nawiązuje pierwszy, cudownie beztroski album brytyjskiego zespołu Kero Kero Bonito Intro Bonito (zresztą to jest bardzo ciekawy koncept, bo z każdym kolejnym albumem, zespół dojrzewa, pojawiają się nowe tematy, styl ewoluuje). Moją ulubioną piosenką z albumu jest My Party ze względu na jej żywe tempo, niemal taneczny charakter i cudowne syntezatorowe wstawki. Jeszcze długo nie pójdziemy na żadne imprezy, ale przynajmniej można sobie posłuchać piosenki.

A skoro już jesteśmy przy tańcu, radości i syntezatorach, to 24 Dances for Electric Piano Cory’ego Arcangela zawiera w sobie wszystkie te elementy. Niemal półgodzinny cykl stanowi czystą ekspresję brzmień. Można powiedzieć, że w gruncie rzeczy brzmi to podobnie do utworów amerykańskiego minimalizmu (i to w sumie w wielu przypadkach też byłaby bardzo afirmatywna muzyka – mógłbym tu zlinkować Hallelujah Junction Johna Adamsa, ale na Alleluja przyjdzie jeszcze czas po wielkanocy). Jednak przez miniaturowość kolejnych ogniw nie ma aż tak transowego, niemal metafizycznego charakteru niektórych minimalowych utworów, wydaje się być lżejszy gatunkowo. To też bywa złudne, bo jednak kolejne tańce w pewien sposób są przekształceniem kolejnych, a cały cykl jest starannie zaplanowany.

Miałem trochę kłopot z wyborem przykładów z muzyki komponowanej, którą nie od parady nazywa się poważną. Bo jednak wiele utworów nawet jeśli są śmieszkujące w charakterze (Jennifer Walshe, Simon Steen-Andersen, Jacek Sotomski), to często mają bardzo poważny podtekst. Są też oczywiście muzyczne żarty, ale dowcip to też niekoniecznie to samo, co radość. Od razu przychodzą mi do głowy dwa afirmatywne utwory muzyki nowej (niewykluczone, że z czasem przypomnę sobie o innych). Po pierwsze, Latvian Cookbook łotewskiego kompozytora Andrisa Dzenītisa, w którym postsonorystyczny język muzyczny został wykorzystany w celu oddania tradycyjnych łotewskich przepisów kulinarnych. Oczywiście, Dzenītis jest zbyt dobrym kompozytorem, żeby popadać w dosłowność, ale utwór ten sprawiał mi niewymowną przyjemność, bo lubię dobre jedzenie (no przecież każdy lubi!). Drugi przykład jest już bardziej oczywisty. To Gücklich Gücklich Freude Freude Matthew Shlomowitza, słyszany na inauguracji Donaueschinger Musiktage. A że jestem leniwy, to zamiast wymyślać nowy opis, przytoczę fragment swojej recenzji z festiwalu: „Utwór miesza wszystkie radosne toposy muzyki na raz: kreskówkowe melodie z platformówkowym brzmieniem syntezatora, progresjami i glissandami rodem z Turangalîli Messiaena oraz szumem morza – wszystko pisane z beethovenowskim rozmachem w prowadzeniu tematów i przetwarzaniu kolejnych motywów.”

Hmm… wychodzi na to, że radość w muzyce nieodłącznie związana jest z syntezatorem. Czyżby dlatego, że to są właśnie brzmienia związane z moją młodością? Trzymajcie się zdrowo i radujcie się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *