Eurowizja 2024. Co czeka nas w finale?

Dwa półfinały za nami, pożegnaliśmy 11 piosenek. Czy kogoś szczególnie żałuję? Niespecjalnie, poza Joostem Kleinem z Holandii, którego zdyskwalifikowano już w trakcie prób do finału. Kto miał się dostać, ten się dostał. Odpadły przede wszystkim lepsze i gorsze radiowe produkcyjniaki (Dania, Malta, Polska), ugrzeczniony punk (Czechy, San Marino), bezpieczny folk (Australia, Azerbejdżan, Mołdawia) oraz nudne i nieprzekonujące ballady (Albania, Belgia) i Islandia, która porwała się na soul. A mogli wybrać inaczej. Azerbejdżan z Australią może i stali na wysokim poziomie produkcyjnym, ale widocznie nie rezonowali z publicznością. No i Australia dokonała spektakularnej autoegzotyzacji, gdy na estradę wszedł DJ Ridoo. Miałem sentyment do Mołdawii, ale wolałem wersję z finału w Kiszyniowie, gdzie Natalii Barbu towarzyszył zastęp amazonek ze smyczkami na plecach. To zawsze ciekawsze niż wizualizacja drzewa. Tego już w finale nie uświadczymy. A co zobaczymy?

Współczesne wiedźmy

To chyba po części efekt zwycięstwa Loreen – z etnicznymi malunkami na ciele, absurdalnie długimi paznokciami i bosej. Najdalej w tej estetyce podąża Bambie Thug, którym na estradzie towarzyszą świece, pentagram i rogaty demon. Nie jestem fanem, choć to wyrazisty performans. No i cieszy mnie odejście od stylistyki Marylina Mansona (różnobarwne soczewki), którą wiedzieliśmy na prezentacji piosenki w irlandzkiej telewizji. Choć muzycznie dalej słychać inspiracje w operowaniu skrajnymi środkami wokalnymi, dodatkowo wzbogaconymi o tytułowy Doomsday blues. Nordycką szamanką zdaje się Gunnhild Eide Sundli, której piosenka łączy elementy folkowe i metalowe (to, co Norwegia ma najlepsze) i odwołuje się do tysiącletniej ballady. Za wiedźmę uważa się też Raiven ze Słowenii. Paznokcie są i w sumie niewiele więcej, bo kostium ma wyjątkowo skąpy. Turpizm i demony pojawiły się też u reprezentantki San Marino, Megary. A i nasza Luna dużo mówiła o czerpaniu energii z księżyca. Na finał jej nie starczyło, na przyszłość polecam zasilanie słoneczne.

Smutne dziewczyny

To pewna wariacja efektu Loreen. Może bez paznokci i ezo otoczki, ale polegająca na przejmującej sile kobiecego głosu. To przede wszystkim reprezentantki Ukrainy, przypominające o trwającej wojnie i roli kobiet na niej, które muszą być często jednocześnie Matką Teresą i Dziewicą Maryją. Jerry Heil daje popis możliwości i skali swojego głosu, obramowując wers królowej nawijki, Alyony Alyony. W kostiumach mamy elementy zbroi, w wizualizacjach, ogniste smugi, kojarzące się ze spadającymi rakietami. I czemu ta piosenka w notowaniach bukmacherów jest tak nisko? I czemu w notowaniach idzie w górę  wygwizdywany Izrael? Eden Golan śpiewa, że wciąż nie może się otrząsnąć z tytułowego Hurricane. A gdybyśmy mieli wątpliwości, o co chodzi, pierwotna wersja miała tytuł October rain. Cyniczne, zważywszy na to, że w działaniach Izraela od października zostało zabitych już 35 tysięcy osób.

Do historycznej traumy odnosi się reprezentantka Serbii. Jej Ramonda odnosi się do dramatu Serbów w I wojnie światowej. Można być smutnym, emo stylówka Teyi Dory tylko to podkreśla. Melancholia zazwyczaj przesyca portugalskie piosenki i w tym roku nie jest inaczej. Grito Iolandy to według wokalistki „krzyk samoobrony”. Skuteczny, bo samym głosem (Portugalia zazwyczaj przygotowuje dość oszczędne inscenizacje) tworzy przekonującą kreację.

Cudowny chaos

Piosenki typu WTF na Eurowizji trafiały się ostatnio regularnie, ale ich tegoroczna nadpodaż wiąże się zapewne z zeszłorocznym drugim miejscem (i zwycięstwem w głosowaniu publiczności) Kääriji. Przodują oczywiście Finowie, trollujący konkurs chyba od samego początku swojego uczestnictwa. Tym razem ogłaszają No rules, ktoś biega po estradzie rzekomo na golasa, i – choć  reguły Konkursu zabraniają product placements – pseudonim Windows95man i rozpikselowane logo systemu operacyjnego są dosyć czytelną aluzją. Mnie nie śmieszy. Na nowych eurowizyjnych trolli wyrastają z kolei Chorwaci. Po zeszłorocznych performerach z Let 3, proponują Baby Lasagnę śpiewającego wiejsko-metalową piosenkę o przenoszeniu się do miasta, krowie, kocie i atakach paniki. Tytułowe Rim tim tigi dim wbija się w uszy, wygrało już głosowanie fanklubów OGAE i prawdopodobnie wygra głosowanie publiczności, a może i cały konkurs. Duża w tym zasługa strojów z koronkami i wizualizacji ze zwierzętami gospodarskimi. Gdy Marko Purišić wykonywał piosenkę solo na eurowizyjnych preparties, czar częściowo pryskał.

Pryska też trochę urok piosenki Mariny Satti. Znakomite wideo miało szaleńcze tempo i ironizowało z turystycznego obrazu Grecji. Na scenie w Malmö nie udało się odtworzyć tego klimatu – czegoś jest albo za dużo, albo za mało. Wideo było też mocną stroną holenderskiego Europapa, choć tytułowa fraza zapada w pamięć nie gorzej niż „rim tim tigi dim”. Tutaj dodatkowo doceniam wyraźnie proeuropejski, a jednocześnie krytyczny przekaz – cieszymy się, że w Unii nie mamy granic, ale sami je stawiamy innym; nie potrafimy docenić zalet projektu europejskiego, nie dostrzegamy jego zagrożenia. A jeszcze bardziej doceniam techno wixę. W zakończeniu Joost Klein gra kartą zmarłych w młodości rodziców – choć wcale nie potrzebuje nikogo łapać na współczucie, piosenka broni się i bez tego.

Nic nie jest w stanie zepsuć za to zabawy Estończykom z 5miinust i Puuluup (legitnego zespołu folkowego, w tym roku występowali na festiwalu Ethniesy). „Nic nie wiemy o żadnych narkotykach – śpiewają. – Jedyna paczka na stole to zielone Lays”. Widocznie to od czipsów mają tyle energii, by skakać po scenie i wymachiwać talharpami. Wulkanem energii jest też Jaklin Baghdasaryan z duetu Ładaniwa (tak, nazwa pochodzi od modelu samochodu), która zaprasza wszystkich na wielkie ormiańskie wesele.

Europejski rejw

Duża część konkursowych piosenek to oczywiście propozycje taneczne. W kilku piosenkach właściwie można dowolnie wymieniać wokalistki i towarzyszących im czterech muskularnych tancerzy: Cypr, Gruzja, Luksemburg. Koniecznym elementem takich utworów jest dance break, w którym artystka może zaprezentować swoje ruchy solo-solo. W starciu gruzińskiej piosenki Firefighter i luksemburskiej Fighter, minimalnie skłaniam się ku tej drugiej. Doceniam Angelinę Mango, która afirmuje nudę, łącząc rap z latino – niecodzienne połączenie, jak na Włochy. Choć i tak żałuję, że tegorocznego San Remo nie wygrali weterani z Ricchi e poveri. Dlatego tym bardziej cieszy mnie występ Mery Bas z duo Nebulossa, które tworzy wraz z mężem. Założenie synthpopowego zespołu po 20 latach małżeństwa i odchowaniu dwójki dzieci, to jedna z najlepszych eurowizyjnych historii, którą słyszałem w tym roku. Choć nie jest to wcale sielanka. Mery, gdy wychodzi na estradę, oceniana przez pryzmat swojego wyglądu i dojrzałego wieku, słyszy: „suka”. I ona tę obelgę przejmuje, wykorzystując ją jako tytuł swojej piosenki. I wiem, że wokalnie jest daleko od ideału, ale Hiszpanie mają w tym roku mój głos.

Jeszcze parę gatunków próbują ożywić tegoroczni wykonawcy: Marcus i Martinus ze Szwecji to boysbandowa energia w stylu ‘N SYNC. Z kolei Kaleen z Austrii zapowiada We will rave i łączy popowy styl wczesnej Britney Spears z rasowym eurodancem. Może nostalgiczny się robię, ale trafia na moją playlistę. Silvester Belt z Litwy proponuje z kolei rasowe disco – czy tylko mi tercja mała na tytułowym Luktelk kojarzy się z Moskau Dschinghis Khana? Piosenka jednak unowocześnia te historyczne tropy. Już z całkiem współczesnym disco mamy do czynienia w Dizzy Olly’ego Alexandra z Wielkiej Brytanii. Choć od samej piosenki bardziej podoba mi się oprawa sceniczna w stylu brudnej, męskiej, gejowskiej szatni sportowej.

Siła głosu

Zawsze znajdzie się też kilka piosenek, które nie wpisują się w szersze trendy. W pozbawionym wielu ballad finale wyróżni się Slimane, choć to właściwie gorsza wersja Marca Mengoniego z zeszłego roku. Ale ufa swoim możliwościom wokalnym na tyle, że w środku swojej piosenki o miłości odchodzi o mikrofonu i śpiewa dłuższą sekwencję a capella. Podczas półfinału na końcu już trochę przesadził z wolumenem i przechodził w krzyk, ale na pewno zwróci na siebie uwagę wielu widzów.

Moją od początku przykuło Nemo ze Szwajcarii. The Code to poważna kandydatura na wygraną w głosowaniu jurorskim lub na nagrodę kompozytorską. Udanie łączy kilka gatunków, fani klasyki docenią nawiązania do Habañery z Carmen czy arii Królowej Nocy. Nemo na estradzie biega, skacze, śpiewa operowo, popowo, lirycznie, rapuje. Kamera kręci się tylko wokół niego, a jedynymi elementami scenografii są okrągła równoważnia i delikatne projekcje w zakończeniu, podbijające efekt wirowania. I znów – nie rozumiem, czemu w ostatnich dniach piosenka traci u bukmacherów.

Moją sympatię zyskuje też Isaac za reprezentowanie typu delikatnej i misiowatej męskości. Głos ma naprawdę mocny i wyrazisty – odwrotnie niż jego piosenka. Przed ostatnim miejscem Niemcy w tym roku najprawdopodobniej uratuje Łotwa. Awans Donsa do finału był chyba największym zaskoczeniem i dalszych się nie spodziewam.

Europejski kryzys tekstylny

Już od kilku lat na Eurowizji ubiory są coraz bardziej skąpe. Czy to efekt zmian klimatycznych, które sprawiają, że maj nawet w Szwecji jest wyjątkowo ciepły? Już w pierwszym półfinale pośladkami przywitała nas Channel, reprezentantka Hiszpanii z 2022. U Raiven strój nie zakrywał prawie niczego, tancerki z Czech świeciły skrytym za prześwitującą siateczką biustem, u Angeliny Mango nagość sugerował cielisty kostium. Na szczęście obnażanie się nie zna już płci i męscy muskularni tancerze masowo zrzucali z siebie koszule, hiszpańscy nawet tańczyli w stringach, podobnie zresztą jak wykonawca z Finlandii. I niech każdy ma taką ekspresję, jaką chce, ale stąd już nie ma za bardzo gdzie pójść. Eurowizja to też impreza familijna. Może obok wielu innych zasad, regulujących długość piosenek i liczbę osób na scenie wprowadzić też minimum tego, co kostium powinien zakrywać.

(A)polityczność Konkursu

Formalnie Eurowizja jest apolityczna. W praktyce bywa różnie, głównie jest to argument, by cenzurować zdjęcia Erica Saade, który na otwierający numer założył na rękę kefiję. Lub by kazać Bambie Thug zmienić napisy w alfabecie ogham, głoszące „zawieszenie broni” i „wolność dla Palestyny”. Po 2014 roku i aneksji Krymu EBU nie wykluczyła Rosji, która kilka lat z rzędu wysyłała ckliwe ballady o pokoju na świecie, podczas gdy Ukraina musiała nawet wycofać się z Konkursu z przyczyn finansowych. Usunięcie z Konkursu najpierw Białorusi w 2021, a potem Rosji w 2022 dawało nadzieję na zmianę podejścia. Na to, że organizacja jest unią nie tylko nadawców, ale i wartości. Niestety sytuacja powtarza się z Izraelem, dokonującym zbrodni wojennych w Strefie Gazy. Co więcej, reprezentująca ten kraj Eden Golan wychowywała się w Rosji i mieszkała tam do 2022 roku, występując między innymi na okupowanym Krymie. O wojnie w Ukrainie przypominają reprezentantki tego kraju, promujące zbiórkę na rzecz odbudowy zbombardowanych szkół. I tak, wiem, że jedna z nich pojawiła się ostatnio na filmie w bluzie „Banderaciaga”. Połączenie luksusowej marki i nazwiska nacjonalistycznego polityka nie wydaje mi się gloryfikowaniem tego drugiego (wyobraźmy sobie np. bluzę „Dmowskidas”), choć nie wydaje mi się też szczególnie mądre, ani śmieszne. Ale Ukraina i tak może liczyć w tym roku na mój głos. Podobnie jak Hiszpania, Armenia i Szwajcaria.

W tym roku w Konkursie występują dwie osoby niebinarne (ze Szwajcarii i Irlandii). Dobrze, że znajdują swoją reprezentację, podobnie jak wcześniej inni przedstawiciele i przedstawicielki społeczności LGBT. To także ważne, by różne grupy mogły odnaleźć swoich przedstawicieli na wielkiej estradzie (np. reprezentant Chorwacji Marko Purišić otwarcie opowiada o swojej wierze katolickiej i jako idoli wymienia Ojca Pio i św. Pawła). Szkoda, że reprezentacji nie ma diaspora palestyńska, choć było blisko. W Islandii drugie miejsce zajął Bashar Murad, który w swojej, utrzymanej w westernowej estetyce piosence Wild West krytykował politykę migracyjną UE jeszcze wyraźniej niż Joost Klein. Który zresztą na eurowizyjnej estradzie nie wystąpi, bo został zdyskwalifikowany. Oficjalnie za zachowanie wobec obsługi i groźby karalne, choć internet huczy od plotek, że i ten incydent miał wymiar polityczny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *