Eurowizja 2016. Przewodnik po drugim półfinale

O ile w pierwszym półfinale znajdziemy więcej dobrych piosenek, o tyle sąsiadują one z jednymi z najsłabszych reprezentantów tegorocznego konkursu. W związku z tym, pomimo niższego poziomu, rywalizacja w drugim z półfinałów powinna być ciekawsza i bardziej nieprzewidywalna. Dużo większe znaczenie może też mieć w tej sytuacji wizja sceniczna piosenek.

W myśl zasady „nie zmienia się wygrywającego konia” Łotwa po dobrym szóstym miejscu w zeszłym roku wysyła piosenkę autorki tego sukcesu, Aminaty Savadogo. „Heartbeat” ma wiele wspólnego z „Love injected” – to samo nowoczesne brzmienie, w którym pobrzmiewają pewne elementy afrykańskiego folkloru (przejście, które brzmi nieco jakby grane na balafonie). Dla mnie tegoroczna piosenka jest nawet lepsza: bardziej spójna, refren nie odcina się tak wyraźnie od zwrotki, jak miało to miejsce w „Love injected”. Byłbym zachwycony, gdyby tę piosenkę śpiewała Aminata. Jednak Justs, choć świetny wokalista, nie ma korzeni z Burkina Faso i to tego elektrofolku zwyczajnie nie pasuje. Jego mocny głos z lekkim rockerskim sznytem stanowi ciało obce w tej piosence. Choć nie ma wątpliwości, że Łotwa znów znajdzie się w finale, powtórzyć zeszłoroczny sukces będzie bardzo trudno.

O piosence Michała Szpaka pisałem już wyczerpująco na tym blogu. Choć w ostatnim czasie Michał udowodnił, że potrafi porwać publiczność swoim głosem, to wciąż nie wierzę w jego sukces. Z tego co się orientuję, inscenizacja z kwartetem smyczkowym na scenie, raczej nie będzie porywająca. Może to stanowić problem bo po nowoczesnej łotewskiej piosence „Color of your life” wypadnie blado, a drugie miejsce w kolejności występów oznacza, że zanim przyjdzie do głosowania widzowie zdążą zapomnieć polską piosenkę. Jeśli Polska awansuje do finału, to tylko z ostatnich miejsc, by przepaść w głównym konkursie.

Szwajcaria jest jednym z tych krajów założycielskich Eurowizji, które dni chwały mają dawno za sobą. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Szwajcarzy tyko trzykrotnie awansowali do finału, w którym raz zajęli ostatnie miejsce. Złej passy nie odwróci raczej Rykka z piosenką „Last of our kind” – stereotypowym popowym utworem, w dodatku z pewnymi wadami konstrukcyjnymi. Dziwna zmiana tonacji w 0:25 zupełnie wybija piosenkę z rytmu. Nie rozumiem też dlaczego modulacja o pół tonu w górę zaczyna się od drugiego a nie pierwszego dźwięku refrenu? Ta piosenka zdecydowanie została napisana koślawo. Rykka niestety jej nie ratuje, śpiewa pod dźwiękiem i ma złą emisję – często słychać „kluskę w gardle”: śpiewanie na tyle podniebienie. Szwajcaria przepadnie w półfinale, ale jeśli piosenka Rykki rzeczywiście będzie „last of its kind”, to Szwajcarzy mogą optymistycznie spoglądać w przyszłość.

Izraelska piosenka „Made of stars” pierwotnie nie zrobiła na nikim większego wrażenia. Poddano ją jednak gruntownej przebudowie i z eklektycznej piosenki, plasującej się gdzieś pośrodku między muzyką klubową a rockiem, stała się piękną rockową mellow ballad. Forma jest bardzo klarowna. Zaczyna się od samotnego głosu Hoviego Star z fortepianowym akompaniamentem. Klimat budują szeptane dopowiedzenia chóru. Pierwszy refren zyskuje podbudowę smyczkową, w drugim dochodzi chór, a coraz większą rolę spełniają instrumenty. W 2/3 piosenki piosenka przyspiesza, a do instrumentów dochodzi gitara elektryczna i perkusja. Ostatnie refreny są już śpiewane chóralnie przy wchodzącym w wysoki rejestr soliście, który w epilogu znów zostaje sam z fortepianem. Zgrabna klamra, zgrabnie napisana piosenka, która wielu trafi do gustu. Niemal pewny awans do finału.

W przypadku Eurowizji mamy do czynienia z całą galerią obcokrajowców śpiewających w języku angielskim. Często skutkuje to piosenkami, które zupełnie kaleczą prozodię i melodię tego języka. W tym roku chyba najbardziej drażni mnie piosenka „Help you fly” z Białorusi z okropnymi akcentami na koniec wersów. IVAN nie ma wprawdzie najgorszego głosu, ale najlepszego też i towarzyszy mu aura doświadczonego przez życie rockmana. Największą atrakcją zapowiadaną przez wokalistę miało być wystąpienie na scenie nago z wilkami. Na to jednak nie pozwala regulamin konkursu. Artysta obszedł ten przepis pojawiając się nago z wilkiem… na ekranie LED. Multimedialna inscenizacja białoruskiej piosenki jest jedną z najlepszych w tym roku. Szkoda tylko, że piosenka jest słaba. Jeśli awansuje, to tylko dlatego, że ludzie nie głosowali na muzykę.

Jeden z częstszych pomysłów na osiągnięcie sukcesu na Eurowizji stanowi skopiowanie stylu znanego artysty. Tak postąpiła w tym roku Serbia wysyłając ZAA Sanję Vučić stylizowaną na Amy Winehouse. Zewnętrze podobieństwo zapewnia charakterystyczna opaska na włosy i wyrazisty makijaż. Muzycznie mamy ten sam typ ciemnego głosu, orkiestrowy akompaniament, niespieszne tempo, zbliżoną melodykę. Różnica pojawia się z nadejściem dynamicznego refrenu, wyjętego jakby z bondowskich piosenek. Styl zwrotki i refrenu całkiem dobrze współgrają, a eurowizyjne piosenki potrzebują elementów charakterystycznych, które przypomną piosenkę w czasie rekapitulacji poprzedzającej głosowanie. Sanja Vučić to świetna wokalistka i dobrze radzi sobie z wymaganiami stawianymi przez piosenkę. W czasie przedkonkursowych występów śpiewała bez całej otoczki „serbskiej Amy Winehouse” i wypadała bardzo dobrze. Może jednak lepiej występować jako ona sama? Niezależnie od przyjętej stylistyki – pewny finał poparty głosami bałkańskich sąsiadów.

Po dwóch latach nieobecności w konkursie Bułgaria powraca i to w wielkim stylu. Poli Genova ma już doświadczenie na Eurowizji, na której występowała w 2011 r. Wtedy jednak jej piosenka była nieco stereotypowym reprezentantem wschodnioeuropejskiego rocka. Pod tym względem „If love was a crime” jest znacznie oryginalniejszym utworem. Łączy w sobie elementy popu, nowoczesnej elektroniki oraz bałkańskiego folkloru. Żaden z nich jednak nie przeważa i komponują się harmonijnie. Piosenka wciąż ulega metamorfozom, z każdym powtórzeniem pojawiają się nowe warstwy w tle, a wcześniej użyte motywy zaczynają się ze sobą swobodnie mieszać. To niewiarygodne, jak wiele dzieje się w tej piosence w trakcie niecałych trzech minut. Cały utwór przenika niezwykła energia, która nabiera wręcz pierwotnego charakteru w bułgarskojęzycznym refrenie. Poli Genova jest charyzmatyczną artystką, a pierwsze wykonania na żywo potwierdzają, że jest w stanie odtworzyć tę wyjątkową energię na scenie. Jeśli dodać do tego, że słowa „If love was a crime” zostały odczytane przez środowiska LGTB jako przekaz społeczny (homoseksualizm jest wciąż penalizowany w wielu krajach), można śmiało stwierdzić, że finał Bułgaria ma pewny, a w nim włączy się do walki o czołowe miejsca.

„Sunlight” Nicky’ego Byrne’a z Irlandii było jedną z pierwszych piosnek z tegorocznej Eurowizji, które poznaliśmy. Początkowo zajmowała miejsce w ścisłej czołówce, jednak im więcej piosenek dochodziło do tej stawki, tym niżej w klasyfikacji generalnej plasował się Irlandczyk. Jego piosenka jest zupełnie przyzwoitym BritRockowym utworem. Tempo jest żywe, a miarowy rytm zachęca do kiwania się wraz z muzyką. Jeśli coś mnie denerwuje w tej piosence to refren: po pierwsze, „sunlight” to jedno słowo, a nie dwa; po drugie, cały pozostały tekst jest podany strasznie repetytywnie. Piosenka ma przyjemny radiowy charakter. Na scenie piosenka prezentuje się bardzo skromnie, Nicky trzyma się rockowego schematu. To może być za mało, aby wejść do finału.

„Dona” macedońskiej divy, Kaliopi to dziwna piosenka. Zaczyna się trochę jakby w stylu środkowo europejskiej poezji śpiewanej (mi się kojarzy z Jaromírem Nohavicą), aby w refrenie wpaść w ton środkowoeuropejskiej pop-divy (myślę: Beata Kozidrak, myślę: Maryla Rodowicz). Można kochać, można nie trawić. Środkowe doczucia są raczej wykluczone. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy i wnosząc po tym, że w ostatnich latach wygrywają raczej nowoczesne popowe piosenki, nie wróżę Macedonii sukcesu w tym roku. Kaliopi już raz występowała bez powodzenia w konkursie. To się raczej nie zmieni. Ale – wszystko w rękach i telefonach bałkańskich sąsiadów.

Wiele eurowizyjnych piosenek cierpi na ten sam problem: refren zupełnie nie przystający do zwrotki. Jednym z wyrazistszych przykładów jest litewska piosenka „I’ve been waiting for this night” Donny’ego Montella. Zaczyna się słodkim falsetem (słyszecie jak topnieją serca nastolatek?), delikatnie i spokojnie. Jednak w refrenie przechodzi w klubowy pop z bardzo nachalną rytmiczną powtarzalnością. Tekst jest raczej prosty, fragment „you and I… a-aj” raczej śmieszny. Mimo to piosenka jest dynamiczna i może przy pierwszym słuchaniu spodobać. Na scenie Donny odbija się od trampoliny i przeskakuje nad chmurą dymu. To może być skok na miarę finału. Na więcej jednak nie ma co liczyć.

Australia bierze udział w Eurowizji?! Przyjaciele z drugiej półkuli byli specjalnym gościem 60. konkursu. Wszystkim ten eksperyment spodobał się na tyle (powiększona o nowy kontynent widownia generuje większe zyski z reklam), że zaproszono Australijczyków do udziału w konkursie na zwykłych prawach, w związku z czym muszą się w tym roku zmagać w półfinale. Czy powtórzą sukces z ubiegłego roku (piąte miejsce)? Raczej wątpliwe, bo „Tonight again” było wybitną piosenką, a „Sound of silence” – tylko bardzo dobrą. W zasadzie jest piosenką zmarnowanych szans, ponieważ tajemniczy początek zapowiada coś wyjątkowego. Kiedy jednak rozbłyska stereotypowy, popowy refren akcje piosenki idą w dół. Szkoda tego półmroku z początku, tego przenikliwego półgłosu. Piosenka nazywa się „Sound of silence”, więc czemu boi się ciszy? Dami Im dysponuje dobrym głosem, a na scenie prezentuje się uroczo. Na finał wystarczy, a w nim – lewa strona tablicy i atak na czołową dziesiątkę.

Co? Słowenię reprezentuje w tym roku Taylor Swift?! A nie, to tylko jej słoweński sobowtór, ManuElla. Wszystko jednak w jej wizerunku od wyglądu przez strój, makijaż, aż po muzykę przypomina amerykańską gwiazdę z czasów, gdy była topową piosenkarką country. Niestety, sama piosenka prezentuje się znacznie gorzej. Co to w ogóle za słowa. Kolorystyczna metafora znajdująca wreszcie ujście w słowach „you feel blue and I am better”?! Cieszyć się z czyjegoś smutku? ManuElla, you are a bad person! I jeszcze ten dziwny zaśpiew, który według oficjalnych słów piosenki oznacza „alive”! Słowenio, Ludwiku Dornie i Sabo – nie idźcie tą drogą!

Do Danii chyba z opóźnieniem dotarła moda na boysbandy. W zeszłym roku reprezentował ich zespół Anti Social Media, w tym roku przyszedł czas na Lighhouse X z piosenką „Soldiers of love”. Może ktoś lubi mieszankę rytmicznego rocka z falsetowymi głosami, ale – jak pisałem w przypadku szwedzkiej piosenki – nastolatki raczej nie są najliczniejszą grupą oglądającą Eurowizję. Głosy panów z Lighhouse X nie są specjalnie mocne, piosenka jest bardzo prosta. Choć drugi półfinał jest znacznie mniej przewidywalny, nie wróżę zespołowi sukcesu.

Ukraina opuściła zeszłoroczny konkurs ze względu na problemy finansowe i niestabilną sytuacją polityczną wywołaną przez konflikt z Rosją. W tym samym czasie Rosja w najlepsze wdzięczyła się wobec Europy piosenką o pokoju. W tym roku Ukraina popisowo trolluje Rosję wysyłając piosenkę o deportacji Tatarów krymskich w 1944 roku. Tekst nawet nie sili się na metaforyczność, jest przejmująco dosłowny: „they kill you all and say: we’re not guilty”. Soulowa melorecytacja przystaje do tej konwencji, a folkowy refren w języku tatarskim tylko dodaje piosence autentyczności. Gdy wokalistka, Jamala, w zakończeniu wchodzi na wyjątkowo wysoki ton, albo dynamika sięga aż do krzyku, efekt jest wstrząsający. Muzycznie piosenka w udany sposób łączy elementy folkowe z nowoczesnym popem, trochę jak w przypadku Łotwy czy Armenii. Piosence może jednak zaszkodzić to, co stanowi jej największy atut – polityczny przekaz. Eurowizja nie lubi polityki, nawet, gdy sprawa jest słuszna. W zeszłym roku Armenia wystawiła piosenkę „Don’t deny” sprzeciwiającą się negowaniu rzezi Ormian w 1917 r. Pewnie weszli do finału, ale tam znaleźli się w środku stawki. Ukraińska piosenka jest lepsza, ale podejrzewam, że czołowa dziesiątka to szczyt możliwości.

„Icebreaker” – tytuł piosenki, który można było wymyśleć tylko w krajach skandynawskich. No i wymyślono. W Norwegii. Podoba mi się produkcja tej piosenki z jej nowoczesnym elektronicznym brzmieniem, przypominającym nieco „Euphorię” z 2012 r. Umówmy się jednak – Agnete nie jest Loreen, jest często pod dźwiękiem, a jej głos brzmi dosyć płasko. Wrażenia nie jest w stanie uratować nawet niewątpliwa uroda wokalistki. No i jeszcze pozostaje sprawa kluczowa – zmiana tempa przy przejściu ze zwrotki na refren. Jedni ją uwielbiają, inni nienawidzą, trzeciej opcji nie ma. Choć „Icebreaker” jest dobrze napisaną piosenką, to dzieli publiczność, a Agnete nie jest w stanie porwać widzów swoim głosem. Na miejsce w finale powinno wystarczyć, potem jednak trudno oczekiwać cudów.

Piosenka „Midnight gold” opowiada o poranku po ciężkiej nocy. Nie przypuszczam, by Nika Kocharov i Young Georgian Lolitas mieli szczególnie lekki poranek 13 maja po zagranym półfinale. Ich piosenka zdecydowanie się wyróżnia – psychodeliczny rock nie jest najpopularniejszym gatunkiem na Eurowizji. Podoba mi się produkcja: wszystkie te elektroniczne wstawki, modulujące częstotliwości i przepalone przestery. Bridge, który zaczyna się w 2:15 jest kawałkiem dobrej muzyki. Głos Niki Kocharova jest hipnotyczny. Problemem jest jednak niespójność piosenki: obskurny początkowy riff słabo pasuje do bridge’u, a refren albo fragment noszący wszelkie znamiona refrenu pojawia się tylko raz i dopiero w drugiej minucie piosenki. „Midnight gold” jest dziwną piosenką, co może stanowić jej atut. Gdyby inscenizacja choć trochę przypominała szalony wygląd oficjalnego wideo, może ten efekt oryginalności by zadziałał. Pierwsze próby w Sztokholmie jednak pokazują, że nie możemy się spodziewać niczego zbyt szalonego, dlatego nie oczekiwałbym wielkiego sukcesu Gruzinów.

W roku 2009 piosenka „Fairytale” śpiewana przez reprezentującego Norwegię Alexandra Rybaka wygrała Eurowizję ustanawiając rekord ilości zdobytych punktów. Powiedzmy szczerze – tegoroczna albańska piosenka pod tym samym tytułem nie ma najmniejszych szans choć zbliżyć się do sukcesu swej imienniczki. Piosenka sprawia wrażenie koślawej, może zawiniła zmiana wersji językowej, ostatecznie angielski tekst jest kilkakrotnie dotkliwie kaleczony przez muzykę. Winiłbym jednak również powolnie rozwijające się wstęp, zwrotkę i prze-refren. Na ten właściwy musimy czekać całą minutę. Refren może się podobać, szczególnie jego wyraźne wschodnie elementy. Ale później dostajemy znów obniżający poziom dramaturgii wolny bridge. Eneda Tarifa nie dysponuje szczególnie dobrym głosem, więc raczej nie przepchnie nim słabej piosenki do finału. „Fairytale” od samego początku zamykało zestawienia ulubionych piosenek tegorocznej Eurowizji i raczej nic nie wskazuje, by miało się to zmienić w ostatecznej klasyfikacji.

Po zeszłorocznym sukcesie Loïca Notteta (czwarte miejsce) na Laurze Tesoro z pewnością spoczywa presja na zaspokojenie rozbudzonych apetytów Belgów. Niestety, w Belgii selekcji piosenki dokonują naprzemiennie dwie telewizje – francuskojęzyczna RTBF oraz flamandzka VRT – a tradycyjnie pierwsza z tych dwóch wystawia do konkursu lepsze piosenki. W tym roku przyszła znów kolej na flamandów i raczej nie uda im się przełamać tego stereotypu. „What’s the pressure” Laury Tesoro brzmi jak z lat ’90 i wprawdzie nie odrzuca, ale bynajmniej też nie zachwyca. Sądząc z wideo z prób, w Sztokholmie możemy się spodziewać atrakcyjnej choreografii. Kto wie, może to wystarczy by awansować ze słabszego półfinału?

Niemiecka piosenka kwalifikuje się do tytułu największego WTF tegorocznego konkursu. Kiedy widzimy Jamie-Lee w stroju, jakby wokalistka właśnie uciekła z cosplay party w stylu mangowym nie do końca jesteśmy pewni, co o tym sądzić. Szczególnie, że mangowy strój niezbyt pasuje do mistycznej piosenki „Ghost”. Piosenka sama w sobie nie jest najgorsza, choć jest raczej powolna, repetytywna, o bardzo prostej rytmice. Jamie-Lee dysponuje niezłym głosem, o szczególnie rozwiniętej skali w dół. Niestety, w niskim rejestrze brzmi głucho i ma skłonności do „chuchania” przez co wcale nie brzmi atrakcyjnie. Niemcy do finału wchodzą z urzędu, jednak tam wiele nie zdziałają. Mimo wszystko – gorzej niż w zeszłym roku (zero punktów) nie będzie.

Wielka Brytania od dawna ma problemy z dobrymi reprezentantami, na wygraną czekają od 20 lat, co na Wyspach odczytywane jest jako klęska. Sympatyczny duet Joe i Jake raczej tej passy nie przełamią, ale ich występ będzie krokiem w dobrym kierunku. Po latach wysyłania najdziwniejszych reprezentantów (ElectroVelvet, Scooch, Jemini), Brytyjczyków wreszcie reprezentować będzie to, co w ich muzyce najlepsze – Brit Rock. Wprawdzie w wersji light, ale zawsze. I co tu więcej mówić – piosenka jest OK i przyjemna w słuchaniu, Joe i Jake sympatyczni, „oh-uh-oh” ze zwrotki ciut tandetne. Solidna piosenka, która da komentującemu konkurs w BBC Grahamowi Nortonowi choć trochę powodów do radości podczas ogłaszania wyników.

Włosi parokrotnie w ostatnich latach byli w ścisłej czołówce, jednak na zwycięstwo czekają jeszcze dłużej niż Brytyjczycy – od 1990 roku. Francesca Michielin raczej ten trend podtrzyma. Piosenka „No degree of separation” jest udanym połączeniem typowej włoskiej canzony i nowoczesnego popu. Niespieszne tempo i deklaratywna melodyka pozwalają zbudować wielkie napięcie, które doprowadza aż do zapadającego w pamięć refrenu. Trochę szkoda, że w ostatecznej wersji zdecydowano się dodać refren w języku angielskim, który niewiele wnosi do naszego zrozumienia treści piosenki. Mimo to, jeśli na scenie uda się choć trochę odtworzyć magię z oficjalnego wideo, Włochy znów będą w tym roku wysoko, choć na pewno poza podium.

Skoro się rzekło „A” trzeba też powiedzieć „B”, zatem pora, abym przedstawił swoją prognozę wyników drugiego półfinału. Tradycyjnie, lista została uszeregowana według szans na awans:

1. Bułgaria
2. Ukraina
3. Australia
4. Łotwa
5. Izrael
6. Serbia
7. Norwegia
8. Litwa
9. Belgia
10. Polska
11. Szwajcaria
12. Irlandia
13. Dania
14. Białoruś
15. Gruzja
16. Macedonia
17. Słowenia
18. Albania

Drugi półfinał odbędzie się 12 maja. Transmisja będzie do obejrzenia na TVP1 lub w Internecie na oficjalnym kanale Eurowizji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *