Czy Electronica zastąpi Polonicę?

intercontemporain

Dopiero co skończyłem relację z festiwalu „Musica Electronica Nova” do „Ruchu Muzycznego”. W przeciwieństwie do niedawnej „Poloniki” festiwal był na tyle krótki, że w jednym tekście udało mi się zawrzeć wszystko, co chciałem. Zainteresowanych zatem odsyłam do czerwcowego numeru pisma, a tu skupię się na jednej dręczącej mnie myśli: czy „Elektronika” zastąpi „Polonikę”?

Rok temu na łamach „Ruchu Muzycznego” (http://www.ruchmuzyczny.art.pl/index.php/przetworzenia/festiwale/1553-elektronika-nowa-wizja) chwaliłem festiwal za spójną i wyrazistą wizję oraz działania mające za zadanie promocję festiwalu i przyciągnięcie na koncerty nowej publiczności. Festiwal odbywający się zwyczajowo w trybie dwuletnim, powrócił zaledwie po roku na specjalną edycję w ramach ESK, a do tego z nowym sponsorem tytularnym – firmą Tauron. Na tle kwietniowej „Poloniki”, Electronica wydawała się jakby z innego świata: festiwal prezentował nie tylko przemyślany program, różne formy odbioru muzyki (instalacje, kino dźwięku, interaktywna gra muzyczna), lecz – co najważniejsze – stwarzał wyjątkową atmosferę muzycznego święta. Przed wejściem gości witała instalacja „Kiełkowanie/Germination” według koncepcji Jeana-Luca Hervégo, wygodne pufy zastąpiły krzesła na seansach Kina Dźwięku, a reflektorowe światło ujarzmiało i ocieplało zimną i sterylną przestrzeń foyer na poziomie -3 w NFM. Nie było żadnej wątpliwości, że to festiwal na czas swojego trwania zawładnął tym gmachem, a nie na odwrót.

Choć na festiwalu można było usłyszeć słynny „Ensemble Intercontemporain” ze świetnym „Octadran” Edgara Varèse’a oraz intrygującym choć nie w pełni satysfakcjonującym „double battery” Agaty Zubel, największą przyjemność sprawiły mi seanse Kina Dźwięku, prezentujące dźwiękowe pejzaże miast Europy. Prowadzona przez Michała Mendyka sesja wileńska była silna mocnym ukontekstowieniem w historii miasta (cela Konrada w klasztorze bazylianów i linia kolejowa łącząca Sankt Petersburg z Warszawą), w jego współczesnej architekturze (Biały Most) czy nawet w niespełnionych obietnicach budowy metra. Paryż we wrażliwych nagraniach Des Coulam jawił się jako miasto muzyki, w którym słyszeliśmy: ulicznych grajków, ćwiczący chór, słyszaną jakby przez otwarte okno próbę baletu czy przewodnika opowiadającego o dzwonach katedry Notre-Dame. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak utwory Natashy Barret, prezentujące krajobraz dźwiękowy Oslo. Nagrania były tak przestrzenne i sugestywne, że chwilami aż czuło się zapach słonej morskiej wody czy wilgotnego drewna.

Mimo, że festiwalu nie brakowało też utworów przeciętnych (sesja berlińska!), to wciąż można było na nim usłyszeć coś ciekawego, otwierającego nam nowe muzyczne horyzonty. Programowo, krytycznie, a może nawet finansowo „Elektronika” była bez wątpienia dużym sukcesem. Tegoroczna edycja była teoretycznie wyjątkiem z okazji ESK, ale cały czas chodziła za mną myśl, czy Elżbieta Sikora nie zamierza pójść za ciosem i wprowadzić festiwal w cykl doroczny. I co wtedy z „Poloniką”? Nie wiem, czy zainteresowanie muzyką współczesną we Wrocławiu będzie mogło się podzielić pomiędzy dwa konkurujące festiwale, a w obecnej formie „Polonika” skazana jest na porażkę, szczególnie, że jej format znacznie bardziej ogranicza ją pod względem programu. Czy będzie czego żałować – w obecnej formule niekoniecznie, ale dobry festiwal polskiej muzyki współczesnej jest bez wątpienia potrzebny. Trzymam kciuki, by „Polonika” takim festiwalem się stała.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *