Dziennik Wratislavia, cz. 1

Koncert inauguracyjny. Zdjęcie: Sławek Przerwa/NFM

Koncert inauguracyjny. Zdjęcie: Sławek Przerwa/NFM

Jeśli miałbym wybrać pomiędzy brzmieniem orkiestry a precyzją wykonania, to co bym wybrał? Przed takim dylematem postawiły mnie dwa pierwsze koncerty 51. Festiwalu „Wratislavia Cantans”. Festiwal od tego roku nosi imię jego założyciela, Andrzeja Markowskiego. Pierwsze festiwalowe koncerty pokazały, że nie zamierza się sprzeniewierzyć swojej idei festiwalu muzyki oratoryjno-kantatowej. We Wrocławskim Narodowym Forum Muzyki zabrzmiały dwie wokalno-instrumentalne symfonie: IX Symfonia Ludwiga van Beethovena oraz XIII Symfonia Dymitra Szostakowicza „Babi Jar”.

Zanim jednak zabrzmiała Symfonia „Babi Jar”, usłyszeliśmy „Zan Tontemiquico” Mikołaja Góreckiego, który zaskakująco dobrze łączył się z ostatnią częścią symfonii Szostakowicza. U Góreckiego mieliśmy wszystkie charakterystyczne cechy jego języka muzycznego – powtarzalność, smyczkowe, trzymane akordy, konsonansową harmonię oraz tintinnabulowy kontrapunkt. Trudno wyobrazić sobie, żeby ten utwór można było zagrać lepiej – zespołowe crescenda czy diminuenda były idealnie wyrównane, wszystkie dzwoneczkowe uderzenia perfekcyjnie precyzyjne. I choć kompozycja niczego nowego nam nie prezentowała, była na tyle dobrze napisana, że można było jej z pewną przyjemnością wysłuchać.

W Symfonii „Babi Jar” mieliśmy do czynienia z tą samą wykonawczą precyzją. Andrzej Boreyko prowadził orkiestrę NFM tak klarownym gestem, że nie było mowy o żadnej niedokładności. Pomimo tego, trochę nieścisłości się zdarzyło. Szczególnie niewyraźnie brzmiał chór Filharmonii Podlaskiej: może chórzyści stali za daleko od sceny, co utrudniało właściwą komunikację? Ogólnie jednak wykonanie było bardzo dokładne, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę rangę zespołów – zarówno chór, jak i orkiestra należą do najlepszych w Polsce, a solista, Mikhail Petrenko, jest cenionym interpretatorem tego utworu. Zabrakło mi jednak w tym wykonaniu odpowiedniego charakteru. XIII Symfonia powstała w 1962 roku na fali krytyki stalinizmu. Dla kompozytora jest to także okazja do rozliczenia się z własną bolesną przeszłością. Kiedy słyszę słowa „A ‘Międzynarodówka’ wtedy niechaj brzmi, gdy ostatniego na wieki pochować antysemitę dane będzie mi”, nie mam wątpliwości, że Szostakowicz w równym stopniu myśli o radzieckich ofiarach Holocaustu, co o żydowskich znajomych, straconych w czasie stalinowskich czystek.

Utwór Szostakowicza przepełnia dramat i tego dramatu w wykonaniu orkiestry NFM brakowało. Forte były nie za mocne, akcenty nieprzesadne, by może czasem kogoś nie urazić. Mikhail Petrenko starał się jak mógł i swoim tubalnym głosem (choć z nieco wymuszoną górą) próbował tchnąć w wykonanie jak najwięcej emocji. Jednak chór w zestawieniu z solistą brzmiał jeszcze bardziej niewyraźnie. Nie tak to powinno wyglądać: w drugiej części „Humor” Szostakowicz cały czas każde orkiestrze się śmiać i to śmiać histerycznie, obłąkańczo. Blacha ryczy śmiechem, a odpowiadają im złośliwe docinki smyczków. Tymczasem na koncercie usłyszeliśmy najwyżej kurtuazyjne „ha-ha”. Dobrze znamy brzmienie radzieckich orkiestr, na które tworzył Szostakowicz. Znamy tę skrajną dynamikę, znamy wręcz karykaturalnie ostry atak blachy. I choć jest to obca nam tradycja brzmieniowa, może warto ją naśladować, skoro naśladujemy historyczne techniki wykonawcze w muzyce barokowej. Proszę posłuchać legendarnego wykonania Filharmonii Moskiewskiej pod Kirillem Kondrashinem. Tam dramat poraża, a od ironicznego humoru się aż skrzy.

Nie posądzam o tę powściągliwą interpretację dyrygenta, który w drugiej części kołysał się rubasznie, sugerując właściwy charakter muzyki. Sądzę, że po prostu zabrakło czasu, żeby odpowiednio popracować nad brzmieniem, zwłaszcza że wrocławska orkiestra nie gra Szostakowicza zbyt często. Przy tak bezemocjonalnym wykonaniu dobrze zabrzmiała część trzecia „W sklepie” i czwarta „Lęki”, przerażające pustką dźwięku. W czwartej części wielkie wrażenie wywarło na mnie piano uzyskane w smyczkach. To delikatne szemranie, przyczajone niczym skrywany lęk, budziło najwyższy niepokój. Wreszcie finał Symfonii, „Kariera”, rozbłysł jasnym brzmieniem okraszonym dzwoneczkowymi uderzeniami perkusji.

Emocji (niestety, także negatywnych) nie zabrakło drugiego dnia festiwalu. Od dawna jestem wielkim fanem Giovanniego Antoniniego, a Il Giardino Armonico należy do moich ulubionych zespołów muzyki dawnej. Wiadomość, że włoski kapelmistrz został dyrektorem artystycznym Wratislavii wprawiła mnie w dziki entuzjazm, który nie słabł z kolejnymi odsłonami festiwalu. Aż do wczoraj. W zasadzie nic nie zapowiadało katastrofy: w repertuarze wokalno-instrumentalnym Antonini radzi sobie bardzo dobrze (pomimo, że dla mnie jest przede wszystkim mistrzem muzyki instrumentalnej), podobnie w repertuarze klasycznym – seria Haydn2032 jest najciekawszą wizją muzyki Haydna ostatnich lat. IX Symfonia Beethovena daleko jednak odeszła już od haydnowskiej symfoniki. Jeszcze dalej odeszła od baroku, a w wykonaniu Kammerorchester Basel i chóru NFM wyraźnie dało się słyszeć inklinacje znane z barokowych interpretacji Il Giardino Armonico: szaleńcze tempa, lśniąca i ujadająca aż miło blacha, wielkie kontrasty, tarasowa dynamika, błyskawicznie gaszone akcenty.

W zasadzie nic nie mam przeciwko takiej wizji Beethovena. Jednymi z moich ulubionych nagrań beethovenowskiego cyklu są interpretacje Paavo Järviego z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen. Tam jednak precyzja jest mordercza, dzięki czemu szaleńcze tempa zapierają dech w piersiach, a nie skutkują łapaniem się za głowę. Z Giovannim Antoninim za pulpitem nie było mowy o precyzji. Dyrygent w ogóle nie trzymał narzucanych przez siebie temp, a jednocześnie był na tyle charyzmatyczny, że wymuszał od zespołu podążanie za swoim gestem. Receptą na zwalniające tempo było notoryczne podcinanie ostatniej miary (czy „rzucanie” szybszego tempa w przypadku dyrygowania „na raz”), co skutkowało chaosem w orkiestrze. Trzecia część prowadzona była „na raz”, w efekcie brzmiąc jak walczyk. W finale zagonione tempa momentami dusiły solistów, nie dając im czasu na złapanie oddechu. To wszystko jednak nic wobec drugiej części. Powiedzmy sobie szczerze – w motorycznym scherzu raz nabite tempo powinno się samo trzymać, a wszelkie próby kombinowania przy nim lub dyrygowania obok tempa muszą się źle skończyć. No chyba, że to zamierzony efekt mający odzwierciedlić brzmienie orkiestry prowadzonej przez głuchego Beethovena.

Chwiejące się tempo i niewyraźny, rozmazany rytm uniemożliwiał właściwe smakowanie wszystkich barwowych niuansów, które przegotował w swojej beethovenowskiej wizji Giovanni Antonini. Wspaniałych detali szczególnie dużo było w finale. Instrumentalny recytatyw nasycony był tyloma niuansami artykulacyjnymi, że – choć pozbawiony słów – był w najwyższy sposób sugestywny. Wyciągnięte na pierwszy plan partie instrumentów dętych blaszanych interesująco kontrapunktowały partie solistów i chóru. Janczarska wariacja urzekała lekkością, a powolny fragment „such’ Ihn überm Sternenzelt” – delikatnością. Orkiestra brzmiała znakomicie, a jeszcze lepiej brzmiał chór NFM przygotowany przez Agnieszkę Franków-Żelazny: cechował się nie tylko pięknym balansem i szlachetnością brzmienia, lecz także bardzo wyrazistą artykulacją tekstu. Przy chórze bledli nawet soliści. Donośny baryton Thomas Bauer ze swadą prowadził początkowy recytatyw, choć z wiolonczelowym recytatywem nie mógł się mierzyć. Maximillian Schmitt śpiewał z przesadną operową manierą przez co zupełnie rozminął się z charakterem orkiestry w „janczarskim” fragmencie. Najlepiej prezentowały się głosy żeńskie – czysty i klarowny sopran Reguli Mühlemann oraz ciepły alt Marie-Claude Chappuis. Gdy jednak Giovanni Antonini narzucał szalone tempo, nikt się nie mógł uchować. Włoski kapelmistrz ma jednak u mnie na tyle duży kredyt zaufania, że traktuję ten koncert jako nieudany eksperyment i z niecierpliwością czekam na jego festiwalowy występ z Il Giardino Armonico w repertuarze przedklasycznym.

Czas już odpowiedzieć na początkowe pytanie: jeśli miałbym wybrać pomiędzy brzmieniem orkiestry a precyzją wykonania, to co bym wybrał? Wzorem Kubusia Puchatka zapytanego przez Królika, czy woli miód czy marmoladę, chciałbym odpowiedzieć: „jedno i drugie”. Takiej opcji pierwsze dwa koncerty festiwalu Wratislavia Cantans mi jednak nie dały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *