Dziennik Wratislavia, cz. 2

Philippe Jaroussky. Zdjęcie: Łukasz Rajchert/NFM

Philippe Jaroussky. Zdjęcie: Łukasz Rajchert/NFM

W XVII, gdy powstała i rozwijała się opera, kastraci byli jej największymi gwiazdami. Publiczność uwielbiała ich za niezwykły głos łączący „kobiecy” rejestr z „męskimi” warunkami wokalnymi, co pozwalało im na jednym oddechu wykonywać szczególnie długie frazy. Towarzyszyła kastratom aura niezwykłości, a pokątnie szeptano o ich rzekomej wyjątkowej potencji. Dziś w repertuar kastratów w naturalny sposób wchodzą kontratenorzy, a najlepszym z nich towarzyszy być może równa sława. Takie można było odnieść wrażenie, gdy na estradę NFM wszedł wczoraj Philippe Jaroussky. Cała sala rozbrzmiała frenetycznymi brawami i histerycznymi wręcz okrzykami, a ja znów miałem muzyczno-filmowe skojarzenie. Francuski kontratenor podziwiany jest nie tylko za wspaniały głos, lecz również za urodę, a staranne unikanie wypowiedzi na temat życia prywatnego sprawia, że staje się postacią niemal równie tajemniczą i dwuznaczną jak niegdyś kastraci.

Jaroussky’emu na wrocławskim koncercie towarzyszył założony przez niego Ensemble Artaserse, a program koncentrował się na muzyce włoskiego Seicenta – pierwszego wieku opery. Muzyka komponowana wówczas według „drugiej praktyki” (seconda pratica) miała w szczególny sposób odzwierciedlać emocje zawarte w mowie, zarówno poprzez użycie afektywnej linii melodycznej okraszonej dysonansowymi pochodami oraz gwałtownymi skokami, jak i poprzez system improwizowanych ozdobników, tzw. gorgii, który pozwalał odwzorować najdrobniejsze wahania w intonacji głosu. Jaroussky opanował te umiejętności w najwyższym stopniu, a jego głos poruszał do głębi. W lamencie Orfeusza „Lasciati averno” głos drżał i załamywał się, a tę manierę naśladowali członkowie zespołu, jakby ich instrumenty były przedłużeniem głosu kontratenora. W gorgii szczególnie gustował skrzypek zespołu, Raul Orellana, którego solo wzruszało nie mniej niż wcześniejszy lament. Nawet jeśli czasami muzykowi uciekała intonacja czy barwa, to nigdy emocja. Warto wyróżnić też dwóch kornecistów, których instrumenty cenione były za barwę najbardziej zbliżoną do ludzkiego głosu. W rękach obu muzyków cynki faktycznie śpiewały.

W drugiej części koncertu kontratenor zachwycał jeszcze bardziej. W arii-kołysance Monteverdiego „Oblivion soave” z opery „Koronacja Poppei” cudownie wytrzymywał i wyciszał ostatnie dźwięki fraz, ilustrujące zasypianie Poppei. W arii „Dal Mio petto” Agostino Steffaniego z opery „Niobe”, aż słychać było w jego głosie płynące łzy, ilustrowane przez repetycje w partiach smyczków. Jednak im bliżej końca koncertu tym bardziej ponosiło Jaroussky’ego showmeństwo, które przysparza mu tylu wielbicieli. Pierwsze mrugnięcie okiem usłyszeliśmy w arii „Che città, che città” Francesco Cavalliego, w której przekomarzał się ze skrzypkami, a ostatnią kwestią wypowiedział po budującej komiczne napięcie pauzie, jednocześnie energicznie siadając na krześle. Natomiast końcowa aria „Gelosia, lascia m’in pace” stała się już niemal numerem jazzowym z improwizowanym perkusyjnym solo. Powtórzona na bis przybrała wręcz karykaturalne oblicze, jednak publiczność serdecznie się przy tym kabaretowym numerze bawiła. Cóż, taki jest Philippe Jaroussky i jego teatralne gesty i komiczne wstawki są częścią pakietu, który tak dobrze się sprzedaje. Wśród tych śmiechów zupełnie płasko i bez wyrazu zabrzmiała cudowna aria „Si dolce è ‘l tormento” Monteverdiego. Jeśli ktoś mi nie wierzy niech posłucha dla porównania pełnego emocji wykonania Emanueli Galli z zespołem La Venexiana.

Rozumiem entuzjazm publiczności do francuskiego kontratenora, sam bez chwili wahania pójdę na jego kolejny koncert. Jednak żałuję, że Philippe Jaroussky koniecznie chce swoich słuchaczy zabawiać, ponieważ znacznie lepiej potrafi on mnie wzruszyć niż rozbawić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *