Dziennik WJ, cz. 1

Steven Kazuo Takasugi

Steven Kazuo Takasugi

Czego oczekuję od festiwalu muzyki współczesnej? Przyjemności, relaksu, potwierdzenia mojego statusu społecznego? A może odwrotnie – percepcyjnych wyzwań, intelektualnego wysiłku i krytyki społecznej? Jeśli wybraliśmy tę drugą opcję, wtorek na festiwalu „Warszawska Jesień” był odpowiednią propozycją.

O Stevenie Kazuo Takasugim już tutaj pisałem. Jego „Sideshow” można rozpatrywać na kilku poziomach. Pierwszy jest czysto strukturalny: mamy cztery pary muzyków (pianista-flecista; skrzypaczka-altowiolistka; saksofonista-klarnecistka; gitarzysta-wiolonczelista) odpowiadające czterem postaciom z „freakshow” na Coney Island i ich sobowtórom. Ich partie nakładają się na partię taśmy. Obserwowanie, jak ruchy postaci i ich sobowtórów synchronizują lub desynchronizują się, w jaki sposób muzycy odzwierciedlają partię taśmy oraz jak poszczególne postaci reagują ze sobą, jest całkiem ciekawym zajęciem. Do czasu, gdyż zestaw użytych środków i gestów jest raczej ograniczony, a muzycznie warstwa elektroniczna też nie przynosi nic odkrywczego. Muzycy odgrywający swoje role i silący się na rozpisane w partyturze gesty sprawiają żałosne wrażenie, a utwór po pewnym czasie zaczyna nas nudzić: przecież już to wiedzieliśmy! Ośmielam się jednak twierdzić, że utwór jest żałosny i nudny w sposób zupełnie świadomy.

Drugi poziom dzieła stanowi narracja. Utwór jest w gruncie rzeczy bardzo ilustracyjny – kiedy w akcji pojawia się słoń, muzycy tupią nogami, a z głośników słychać donośne tąpnięcia. Kiedy muzycy się wyszczerzają w uśmiechu, słychać nerwowe chichoty. Kiedy mowa o człowieku-rybie, z głośników słychać szum wody i wypuszczanych z ust baniek powietrza. Opowiadana przez kompozytora historia jest podzielona na szereg krótkich części, co do sekundy rozpisanych w partyturze. Niestety, śledzenie przebiegu akcji jest bardzo trudne, gdy nie widzimy zegara odliczającego czas lub tytułów poszczególnych części.

Wreszcie pozostaje nam aspekt krytyczny. W trzeciej scenie oglądamy rażonego prądem, ku uciesze publiki, słonia. W czwartej – bezduszną operację na jednym z performerów, mającą na celu odświeżenie nudzącego się już widzom „show”. Po fiasku przedsięwzięcia w ostatniej scenie odbywa się parada marszowa, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Przemoc wobec zwierząt, bezwzględne wykorzystywanie słabszych i zdesperowanych ludzi, społeczna znieczulica – choć Takasugi wprost odnosi się do społeczeństwa początków XX wieku, sto lat później wciąż mamy sobie wiele do zarzucenia. Nasze „freakshows” rozgrywają się już w telewizji lub Internecie, jednak rządzą się dokładnie takimi samymi prawami.

Moim głównym zastrzeżeniem wobec „Sideshow” jest to, jak bardzo zależy od nakreślonego przez kompozytora „programu”. Jeśli w trzeciej scenie nie będziemy wiedzieć, że chodzi o słonia, tupanie muzyków wyda nam się pretensjonalne. Kulminację przeżyjemy znacznie silniej, gdy powiążemy ją z agonią dręczonego zwierzęcia. Nagła eksplozja marsza w ostatniej scenie też staje się zrozumiała tylko w kontekście treści dzieła. Takasugi wymaga od słuchacza, by bardzo głęboko wniknął w program, który dla niego przygotował i cały czas starannie go śledził. To budzi wątpliwości na ile wartościowa jest sama muzyka. Z jednym wyjątkiem: dramaturgia czwartej sceny rozwija się po mistrzowsku. Crescendo obłąkańczego śmiechu przy jednoczesnej redukcji fizycznego gestu śmiania się u kolejnych postaci; usta muzyków nieubłagalnie wyginające się grymasie uśmiechu, by wreszcie wyszczerzyć się nienaturalnie. Wreszcie następuje transformacja poddanego operacji człowieka: od szalonego chichotu po odgłos puszczanych bąbelków. Gdy jednak operacja dobiega końca, dwoje sąsiednich muzyków nakrywa go czarnym kirem a jednocześnie ukazuje nam się urna. Cała historia opowiedziana jest tak czytelnie, że broni się sama bez pomocy dodatkowych środków. W odbiorze dzieła bardzo pomagają muzycy ze znakomitego Talea Ensemble. Ile czasu musieli poświęcić, by wyćwiczyć taką synchronizację gestów? I jak to robili: z kompozytorem, reżyserem, lustrem, wideo?

***

Późnym wieczorem w Soho Factory nadrabiałem warszawskojesienne zaległości i obejrzałem spektakl „Infinito nero” Salvatore Sciarrina, który był powtórką programu z poniedziałku. Krótki, dwudziestokilkuminutowy utwór został w wykonaniu zespołu SCENATET poprzedzony parateatralnym prologiem. Muzycy w baaaaaardzo wolnym tempie i w całkowitej ciszy zbliżają się do swoich pulpitów. Właściwy utwór rozpocznie się dopiero, gdy wszyscy zajmą już swoje miejsca. Takie wyczekiwanie uwrażliwia słuchaczy na ciszę, każe zwrócić uwagę na każdy szmer, wsłuchać się w odgłos wentylatora za plecami czy szum przejeżdżających w oddali pociągów. Gdy wreszcie zabrzmi pierwszy dźwięk, pomimo iż będzie to niemal szmer, zrobi wrażenie niczym uderzenie dzwonu. Muzyka jest wspaniała, oszczędnie dawkowana, niezwykle wysublimowana. Wrażenie jedynie potęguje przestrzenna dyspozycja muzyków, co daje muzyce Sciarrina jeszcze więcej oddechu. Gdy już przywykniemy do tej szmerowej aury, z komfortu słuchania wyrwie nas ostre wejście mezzosopranu. Wreszcie, gdy w półmroku sali wpadniemy już niemal w trans, uderzy w nas nagle białe światło. Po koncercie rozmawiałem chwilę z muzykami zespołu i mówili, że w trakcie utworu są tak skupieni na swoich (arcytrudnych) partiach, że rozbłysk tego światła za każdym razem ich zaskakuje.

Osadzenie utworu Sciarrina w ciszy dało znakomite efekty, jednak było ogromnie wymagające percepcyjnie. Ponieważ dręczyło mnie już festiwalowe zmęczenie i późna pora, a na domiar złego bolała mnie głowa, wytrzymanie kwadransa w kompletnej ciszy było ciężkim zadaniem. Miałem ochotę przysnąć, lecz rozkładane krzesła w Soho były tak niewygodne, jakby ich projektanci inspirowali się dawnymi wytwórcami kościelnych ławek. Siedzący z mojej prawej strony francuski-kompozytor-który-rezyduje-we-Wrocławiu (no dobra, bez jaj: wiadomo, że Pierre Jodlowski), komentował początkową procesję „so predictable”, a pomysł teatralizacji dzieła Sciarrina określił mianem „disrespectful”. Ośmielę się polemizować. Początkowy fragment miał być przewidywalny, tak jak przewidywalna jest, dajmy na to, mantra. Tak, jak mantra, owa procesja miała nas wprowadzić w konkretny stan, nastrój. Jeśli ktoś z muzyków w drodze do pulpitu, załóżmy, fiknąłby koziołka, z pewnością nie byłoby to przewidywalne. Ale nie byłoby to też stosowne. Zaś sam Sciarrino mówi o swoim utworze, że zasadza się na opozycji bieli i czerni, ciemności i światła, ciszy i dźwięku. Inscenizacja zespołu SCENATET tylko te opozycje uwypukliła. Jeśli miałbym wskazać jakiś słaby element tego wykonania, to były to wizualizacje. O ile ujęła mnie prostota początkowej szaro-białej siatki i spodobał mi się kołyszący korytarz w kształcie litery „Y”, to rozsypujące się litery wyglądały banalnie, zbyt dosłownie i przywodziły na myśl animację wieńczącą pomyślne ułożenie pasjansa na starym Windowsie. Niezbyt przemawiały też do mnie gesty wykonywane przez solistkę, Signe Asmussen. Ale to doprawdy szczegół.

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *