Dziennik WJ, cz. 3

Anna Radziejewska i Salvatore Sciarrino. Zdjęcie: Ch. Oswald

Anna Radziejewska i Salvatore Sciarrino. Zdjęcie: Ch. Oswald

Przez lata głowiłem się nad tym, jak to możliwe, że skoro w Polsce mieszka i pracuje Anna Radziejewska, jedna z czołowych interpretatorek muzyki Salvatore Sciarrina, który skomponował z myślą o jej głosie wiele swoich oper i utworów wokalnych, żadna polska scena nie spróbuje wystawić opery kompozytora ze śpiewaczką w roli głównej? Odważyli się na to dopiero po dwunastu latach od początku współpracy Radziejewskiej z Sciarrinem młodzi muzycy z zespołu Spółdzielnia Muzyczna. Z twórczości kompozytora wybrali jego najbardziej znaną operę, „Luci mie traditrici”, poświęconą postaci Carla Gesualda da Venosy: renesansowego kompozytora, księcia i żonobójcy. Dla krakowskiego zespołu jest to warszawskojesienny debiut.

Spektakl miał odbyć się w Basenie Artystycznym, lecz w skutek przedłużającego się remontu został przeniesiony poziom wyżej do teatru Imka. Niestety, powstała w ten sposób kolizja z repertuarem teatru, co pozbawiło muzyków Spółdzielni komfortu pracy. Próba generalna – jedyna próba w teatrze! – prowadzona była w nocy (skończyła się ok. drugiej w nocy!), a przed premierą muzycy mieli tylko pół godziny na przygotowanie sceny po tym, jak w Imce zakończył się spektakl. Oczywiście, nie mogli zdążyć, więc publiczność czekała kwadrans, aż będzie mogła wejść na salę, a atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa. Czy naprawdę trzeba rzucać kłody pod nogi jednemu z nielicznych w Polsce ansambli nowej muzyki, młodym ludziom, którzy mają pasję i chcą tworzyć ambitne projekty? Dlaczego zamiast otoczyć zespół systemową opieką, uprawia się organizacyjną prowizorkę?

Cud, że w tych warunkach udało się w ogóle zagrać spektakl. I to jak! Kunszt Anny Radziejewskiej jest rzeczą oczywistą: ile w jej wykonaniu było emocji, ale także aktorstwa. W pierwszych scenach słyszymy w jej głosie autentyczną miłość i pasję. W miarę jednak, jak atmosfera robi się coraz cięższa, w jej głos wkrada się fałsz i dwuznaczność. Partnerujący śpiewaczce Artur Janda w roli Księcia (dawny student Radziejewskiej) w pełni udźwignął swoją wymagającą rolę. Kontratenor, Jan Jakub Monowid, zachwycał szczególnie w prologu wykonanym tęsknie i przejmująco zza sceny. Warto też wyróżnić młodego barytona, Huberta Zapióra (sługa) o bardzo ciepłej barwie głosu. Jego rozmowa z Księciem, podczas której kilkakrotnie wymieniają się rejestrami głosu, należała do najlepszych fragmentów wykonania. Warto zwrócić uwagę, że wszyscy soliści mają doświadczenie w wykonywaniu muzyki dawnej, co z pewnością pomaga realizować wszystkie intonacyjne wahania u Sciarrina. Wszak czyż nie są one dalekim odbiciem barokowej gorgii?

Trochę słabiej spektakl prezentował się od strony scenicznej. Na scenografię (Magdalena Maciejewska) składały się trzy obrotowe dyski, na których wyświetlane były projekcje, mające stworzyć odpowiednią scenerię (ogród, komnata) czy zaznaczyć porę dnia (poranek, południe, wieczór, noc). Wyświetlane były też na nich napisy, szkoda tylko, że tak słabo czytelne, a czasem w ogóle nieczytelne – bądź ze względu na kolor tła, bądź przez to, że akurat zasłaniała je któraś z postaci. Zawsze sądziłem, że wyświetlenie tekstu libretta nie jest skomplikowaną operacją, jednak „Zagubiona autostrada” też miała problem z czytelnością tekstu, więc chyba jest. Ładne, białe kostiumy (czy można wystawić Sciarrina w innym kolorze? – pytał mnie MB) nawiązywały do epoki… baroku. Również gesty starały się luźno naśladować gesty dworskie czy kroki barokowego tańca – stopy księcia zawsze zastygały w tanecznej pozycji wyjściowej. Pomimo tego, w ruchach śpiewaków było trochę scenicznego snucia się, szczególnie u Księcia. Niezrozumiały był też dla mnie gest trzymania przez niego ciągle ręki w kieszeni. Źle wychowany, czy co?! Artur Janda snujący się z tą ręką w spodniach i patrzący wciąż ukosem na Księżną sprawiał wrażenie jakiegoś obleśnego stalkera. Ogólnie spektakl, choć dopracowany, wyglądał trochę jak spektakl studencki albo jak ascetyczne, modernistyczne przedstawienie. Tak, czy inaczej – nic nowego.

Mimo organizacyjnych trudności, towarzysząca śpiewakom Spółdzielnia Muzyczna utrzymała konieczny w tej muzyce poziom skupienia. Było szmerowo, delikatnie, lecz z wielkim napięciem, które widać było na twarzach muzyków jeszcze długo po zakończeniu spektaklu. Prowadzącej zespół Liliannie Krych należy się szacunek, że nie podążała za znanymi nagraniami (przede wszystkim tego z Klangforum Wien), lecz szukała własnych rozwiązań, nawet jeśli nie zawsze się z nimi zgadzam (frazowanie czy żwawe tempo w Intermezzach). KM, który niedawno oglądał spektakl „Luci” w Berlinie narzekał, że w ogóle go to wykonanie nie poruszyło. Ja nie byłbym tak ostry w sądach. Owszem, nie zawsze wszystko wyszło, gdy chodzi o artykulację czy intonację, jednak jestem pewien, że muzycy Spółdzielni są tego świadomi i będą nad tymi elementami pracować. A tylko podejmując wyzwania, jakim było wystawienie opery Sciarrina, będą mogli się dalej rozwijać. Trzymam kciuki!

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *