Dziennik Sacrum, dziennik Profanum, cz. 7

Mike Patton podczas wykonania "Laborintus II" Luciana Beria. Zdjęcie: Tomasz Wiech

Mike Patton podczas wykonania „Laborintus II” Luciana Beria. Zdjęcie: Tomasz Wiech

Różnymi ścieżkami prowadził nas w tym roku festiwal Sacrum Profanum. Ponieważ w większości były to bezpieczne ścieżki, to szczęśliwie dotarliśmy do finału. Tam już czekały na nas dwa ryzykowne i wcale nie takie bezpieczne koncerty, a każdy z innego powodu.

„Opera o Polsce” – temat wspólnego dzieła Piotra Stasika i Artura Zagajewskiego jest z pewnością nośny i ciekawy, jednocześnie jednak ryzykowny. Łatwo tutaj popaść w banał, schematyzm, łatwo jest wpaść w tani dydaktyzm. Piotr Stasik podobno zbierał materiał filmowy i nosił się z zamiarem stworzenia tej opery już od dłuższego czasu. Dopiero jednak pracując nad teledyskiem do utworu Artura Zagajewskiego „EC 14” dla Muzykoteki Szkolnej, Stasik zetknął się z muzyką kompozytora i postanowił zrealizować z nim swój projekt.

Z pozoru reżyser przedstawia rzeczywistość neutralnie: prawie nie komentuje pokazywanego przez siebie materiału, prezentuje go „tak, jak jest”. Zestawia go jednocześnie z czytanymi fragmentami anonsów towarzyskich, ogłoszeń drobnych, komentarzy z Internetu oraz paroma archiwalnymi autentykami (urywki wiadomości, telefony do Radia Maryja). Dobrze wiemy jednak, że to tylko pozór neutralności: dobór materiału, jego ustrukturyzowanie oraz relacje pomiędzy tekstem a obrazem tworzą sieć relacji i znaczeń, które mają charakter wartościujący.

Już sam początek z procesyjnym wejściem chłopaka w ministranckiej albie z doczepionymi husarskimi skrzydłami zapowiadał, w którą stronę będzie zmierzać opera – specyficznie polskiej mieszanki elementów chrześcijańskich i narodowych. Oglądamy więc sceny z ubierania ołtarzy na Boże Ciało, procesje i uroczystości religijne oraz tańczące obrazy, a jednocześnie powiewające biało-czerwone flagi (czasem obok ONRowskiej falangi), szaliki, pochody narodowców. To wszystko zaś jest utopione w przygniatającej biedzie Polski B, wszechobecnym Januszostwie i parawaningu, fatalnie zredagowanych, absurdalnych, a czasem obscenicznych ogłoszeniach, zestawione z tekstami traktującymi o kołtunach oraz słomianych wiechciach zastępujących podeszwy. Słoma z butów i kołtuństwo – cóż za dyskretna symbolika!

Polska przedstawiona w operze jest jednostronna, pojedynczy opis zabezpieczeń na osiedlu grodzonym, czy ogłoszenie o „kupnie firmy wraz z pracownikami” nie stanowi przeciwwagi, nie pokazuje „błędów i wypaczeń” Polski A. Film zaprezentowany przez Stasika nie stara się zrozumieć ani wyjaśnić zjawisk, które opisuje. Epatuje nas narodowym katolicyzmem w jego najbardziej śmiesznym i naiwnym wydaniu do tego stopnia, że budzi irytację i wyparcie. Wiem, że tak jest! Też mam Internet! Gdyby dzieło Stasika powstało dziesięć lat temu, za pierwszych rządów PiS (z których to czasów pochodzi część wykorzystanych nagrań) przynajmniej zwracałoby uwagę na zjawiska, których tak dynamicznego rozwoju jeszcze nie przeczuwaliśmy. Dziś wspiera jedynie stygmatyzację społeczeństwa i umacnia podziały.

Jest też w tym dziele pointa, przesłanie! Otóż pośrodku opery pojawia się montaż dziewiczej przyrody, krainy szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa. Na koniec zaś ukaże się naszym oczom słodko śpiące niemowlę. Oni są jeszcze nieskażeni polskością! Trzeba ich ratować, zanim staną się kolejnymi narodowymi katolami! Przekaz subtelny jak cios łopatą w twarz. Kolejny utwór, który obraża inteligencję jego odbiorcy.

A gdzie w tym wszystkim muzyka Zagajewskiego? No, gdzieś tam jest. Chciałem powiedzieć, że Zagajewski stracił pazur, ale końcówka opery z narastającą sekcją opartą na dwudźwiękach pokazała, że kompozytor wciąż z najprostszych środków potrafi wycisnąć maksimum wyrazu. Tyle, że tą samą rolę mógł spełnić dowolny inny narastający minimal.

Po tych polskich drogach (dosłownie, gdyż w „Operze o Polsce” ważną rolę spełniają ujęcia z jadącego samochodu) dotarliśmy w końcu do ostatniego koncertu. Znakomity belgijski Ictus Ensemble w dziełach dwóch klasyków awangardy. Wpierw „Für kommende Zeiten” Karlheinza Stockhausena, cykl tekstowych partytur przeznaczonych do intuitywnej realizacji. Muzycy Ictus oraz towarzyszący im na taśmie Jérôme Noetinger stworzyli dźwiękowe misterium, w którym gest staje się tak samo ważny jak dźwięk. Ze swoją ascetyczną narracją utwór stanowił niewątpliwie percepcyjne wyzwanie dla festiwalowej publiczności. Mam jednak do tego wykonania trzy zastrzeżenia: dwa wykonawcze i jedno organizacyjne. Po pierwsze, utwór Stockhausena zakłada równość wykonawców, tymczasem podczas koncertu wciąż miałem wrażenie, że partia taśmy dominuje nad pozostałymi instrumentami. Po drugie, zaletą muzyki intuitywnej jest to, że możemy ją wciąż odczytywać na nowo. Jednak użycie taśmy było gestem, który zwracał nas w stronę czasu powstania utworu. Po trzecie, szkoda, że publiczność nie mogła na bieżąco śledzić tekstów, do których muzycy grali. Z pewnością pomogło by to słuchaczom lepiej przeżyć ten rytuał. Zresztą sam Stockhausen twierdził, że również publiczność bierze udział w wykonaniu muzyki intuitywnej, a świadomość wykonawców łączy się ze świadomością słuchaczy. Tylko jak to zrobić, gdy słuchacze są nieświadomi?

Wreszcie festiwal zwieńczył „Laborintus II” Luciana Beria, a na krakowskim festiwalu ponownie pojawił się Mike Patton. Jego recytacja była może zbyt egzaltowana, ale wokalista z pewnością spełnił swoje zadanie i przyciągnął na koncert tłumy. Tłumy, które musiały zmierzyć się z dziełem Beria, erudycyjnym tak w warstwie słownej, jak i muzycznej. Berio opisywał „Laborintus II” jako katalog muzycznych odniesień, technik, stylów. Rzeczywiście, pojawiają się w utworze nawet nawiązania do muzyki popularnej czy jazzu (w pewnym momencie Chór Polskiego Radia urządził sobie wręcz potańcówkę!). Wszystko zostało jednak przefiltrowane przez indywidualny styl Beria. Pojawienie się każdego z tych idiomów wydaje się być jak najbardziej na miejscu i naturalne (klasyczny bloomowski Apophrades). Znów trochę szkoda, że równolegle z tym muzycznym labiryntem, nie mogliśmy przemierzać labiryntu tekstów. Ale, co tam! Muzyka wystarczyła.

Profanum: „Opera o Polsce”. Dalszego uzasadnienia chyba już nie trzeba.

Sacrum: Sacrum Profanum. Program festiwalu przypominał w tym roku amebę, która siedzi sobie bezpiecznie w kręgu klasyki XX i XXI wieku, jednak wyciąga swoje nibynóżki w różne strony, zgarniając różne zjawiska muzyczne znajdujące się naokoło. Wyrażałem wątpliwości, co do takiego podejścia: „mam nadzieję, że słuchacze, którzy tak licznie zasiedli wczoraj w ICE, przyjdą też na Mike’a Pattona wykonującego Stockhausena i Beria. Wtedy rzeczywiście powiem, że festiwal spełnił swoje zadanie i stał się przestrzenią spotkania”. Przyszli, więc mówię: festiwal spełnił swoje zadanie i stał się przestrzenią spotkania. Oczywiście, wciąż jest nad czym pracować (m.in. lepsza komunikacja z publicznością, więcej ryzyka i debiutantów, „oswojenie” bezdusznego wnętrza ICE). Jednak do wielu dobrych wspomnień z Sacrum Profanum mogłem w tym roku dopisać kolejne: wspaniałe wykonanie „Sur incises” Bouleza czy świetny koncert zeitkratzer. Dziękuję!

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *