Łosoś po japońsku

Tokyo Symhpony Orchestra. Zdjęcie: Sławek Przerwa/NFM

Tokyo Symhpony Orchestra. Zdjęcie: Sławek Przerwa/NFM

Dopiero co zaczął się nowy sezon koncertowy, a Narodowe Forum Muzyki nie zwalnia i dalej umożliwia wrocławskim słuchaczom kontakt ze znakomitymi orkiestrami z całego świata. W zeszłym sezonie we Wrocławiu wystąpili Washington Symphony Orchestra, Budapest Festival Orchestra, London Symphony Orchestra czy Wiener Philharmoniker. W tym sezonie czekają nas jeszcze m.in. Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks oraz Staatskapelle Dresden. A jak na tym tle prezentuje się najbardziej „egzotyczny” z dotychczas występujących w NFM zespołów, Tokyo Symphony Orchestra?

Już pierwsze dźwięki Requiem for Strings Tōru Takemitsu pokazały specyfikę brzmienia tego zespołu. Smyczki grały bardzo ciemną i jednocześnie dosyć szorstką barwą, bardzo oszczędnie wibrując. Ten charakter dźwięku cechować będzie potem wszystkie utwory. Requiem zaczęło się pięknie, wyłaniając się z ciszy, w miarę jak dołączały się kolejne instrumenty. Utwór na koniec z powrotem osunął się w tę ciszę, gdy dopełniła się repryzowa klamra, którą Takemitsu spiął swój utwór. Tokijczycy grali niespiesznie, sycąc się każdym dźwiękiem, a dyrygent, Jonathan Nott, swoim gestem zdawał się aż wyciągać dźwięk z muzyków.

Gdy orkiestra zaczęła grać Morze Debussy’ego pomyślałem, jak dobrze utwór, w którym szeroko wykorzystana została skala pentatoniczna, wpisuje się w koncert dalekowschodniego zespołu. Pomimo jednak, że Morze skrzyło się barwami i podziwiać można było znakomitą instrumentację Debussy’ego, czegoś mi w wykonaniu Tokijczyków brakowało. Dyrygent narzucił muzykom za szybkie tempa i zabrakło mi w tej interpretacji oddechu, majestatu morza, a w drugiej części – trochę figlarnej zabawy dźwiękiem. Gdy utwór się skończył, pomyślałem: „to już? a gdzie to wspaniałe, przejmujące zakończenie?”. Wszystko działo się w tym utworze zbyt nagle, a do tego końcowe fortissimo zamiast majestatyczne, było hałaśliwe. No i nigdy bym się nie spodziewał, że trębacz w tak renomowanej orkiestrze skiksuje swoje pierwsze solo w trzeciej części! Z drugiej strony nie zabrakło w utworze momentów prawdziwie wyjątkowych: ostrych, zadziornych odzywek smyczków na początku trzeciej części, pięknego fletowo-obojowego solo przed końcową kulminacją i jakże wspaniale dźwięcznych, podwibrowanych pizzicat kontrabasów dobarwionych delikatnym uderzeniem w talerz!

O ile tempo Morza Debussy’ego wydało mi się za szybkie, o tyle wykonana po przerwie I symfonia c-moll Johannesa Brahmsa była dla mnie za wolna. Zaproponowane przez Jonathana Notta tempa, podobnie jak mocno dociążony dźwięk, zdawały się nawiązywać do klasycznych wykonań sprzed lat. Nie był to wybór pozbawiony uroku: zakończenie grupy drugiego tematu pierwszej części z gasnącymi, coraz wolniejszymi odzywkami instrumentów dętych było wspaniałe, choć w powtórce ekspozycji dyrygent już nieco za bardzo rozciągnął ten fragment. Czego jednak brakowało mi najbardziej, to dramatu, który przepełnia tę symfonię. Brahms nawiązuje w finale do IX symfonii Beethovena, wcześniej jednak pojawia się „motyw losu” z jego piątej symfonii, a wiele mówi już sama tragicznie nasycona tonacja c-moll. Ten tragizm ujawnia się w gwałtownych kontrastach, rozdzierającym krzyku smyczków w wysokim rejestrze i złowieszczych odzywkach blachy. W zaproponowanej przez Tokijczyków interpretacji, wszystkie kontrasty zostały złagodzone, a drapieżne akcenty na słabe części taktu, z których słynie Brahms, były kładzione miękko, jakby muzycy nie chcieli nikogo nimi zaskoczyć. Szczególnie delikatny był dźwięk kotłów uderzanych chyba najmiększymi filcowymi pałkami. Odwracając metaforę wieszcza polskiej krytyki muzycznej – kotły brzmiały jak płatki wędzonego łososia zawinięte w najdelikatniejszy naleśnik, a powinny jak (bardzo) gorzka czekolada nadziewana (dużą ilością) chili.

W tym wszystkim tokijska orkiestra imponowała wyjątkową precyzją. Niewiarygodnie trudny fragment drugiej części, w którym obojowe i klarnetowe solo rozbrzmiewa na tle synkopy smyczków było zagrane tak naturalnie równo, jak chyba jeszcze nigdy nie słyszałem. Jednocześnie w tej samej części brakowało mi tanecznej lekkości we fragmencie z punktowanym akompaniamentem, a skrzypcowe solo wydawało mi się niedosłuchane, gdyż waltornista nie pozostawił koncertmistrzowi żadnego miejsca na tempo rubato. Najbardziej chyba podobała mi się część trzecia, bardzo lekka i cały czas płynąca do przodu. Wreszcie w finale, choć też sporo było w nim znakomitych momentów, brakowało mi większych kontrastów – nie tylko wstrząsającego forte, lecz także delikatnego pianissimo. Smyczkowe pasaże, które doprowadzają nas do kody, były z początku stanowczo za głośne!

Dyrygent Jonathan Nott prowadził zespół bardzo miękkim, a jednocześnie plastycznym gestem, starając się rękami modelować brzmienie zespołu. Był w swoim geście ekspresywny, może nawet za bardzo i w dynamicznych fragmentach wszędzie było go pełno. Z zadziwiającą łatwością, niemal niepostrzeżenie, był w stanie zmienić tempo utworu i tej umiejętności zdawał się nadużywać, osadzając nawet pojedynczy dźwięk czy frazę. Zemściło się to w ekspozycji pierwszej części Brahmsa, gdy starał się dociążyć trzy akordy kończące frazę smyczków, a udało mu się zmylić orkiestrę i spowodować mały zamęt. Ogólnie jednak widać było, że zespół bardzo dobrze rozumie się ze swoim dyrektorem muzycznym.

Przed koncertem prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz, składał życzenia orkiestrze z okazji jubileuszu 70-lecia istnienia. Żartem dodał, że są to życzenia od starszego brata, gdyż wrocławska orkiestra działa już 71 lat. Muszę przyznać, że pamiętam koncerty wrocławskiego zespołu, które nawet jeśli nie lepsze, to na pewno były bardziej poruszające, szczególnie za kadencji Jacka Kaspszyka. Czy zatem warto było zapraszać młodszą siostrę aż z Dalekiego Wschodu, by się o tym przekonać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *