Eurowizja 2021. Przewodnik po pierwszym półfinale

Muszę się do czegoś przyznać. W tym roku wyjątkowo słabo jaram się Eurowizją. Może to po prostu kwestie niezwiązane z Konkursem – trwająca od roku pandemia i nadmiar pracy, który sprawia, że mało co już się na tym blogu pojawia. A może to kwestia tego, że bardzo lubiłem wiele zeszłorocznych piosenek i gdy słuchałem tegorocznych propozycji tych samych wykonawców, efekt świeżości już minął. Ale jak dziwna by nie była nasza nowa normalność, to niezmiennym składnikiem mojej normalności muszą być doroczne przewodniki po Konkursie. Zatem już bez zbędnych wstępów – zaczynajmy!

Litewski zespół The Roop z piosenką On fire w zeszłym roku należał do grona faworytów. Piosenka – a przede wszystkim chwytliwy elektroniczny hook – była tak popularna, że trafiła nawet do repertuaru litewskiej wojskowej orkiestry dętej (obejrzyjcie koniecznie, to coś cudownego – queerowa energia oryginału w połączeniu z czymś tak maskulinistycznym jak pokaz musztry!). Nic więc dziwnego, że w początku teledysku do tegorocznego utworu Discoteque w tle pobrzmiewa zeszłoroczny hit. The Roop w zasadzie spróbował powtórzyć tamtą formułę, aranżując ją do postpandemicznej rzeczywistości (lets discoteque right at my Home/ it is ok. to dance alone). Mamy tu ekscentryczną choreografię, specyficzną manierę wokalną Vaidotasa Valiukevičiusa (którą równoważy jego osobowość sceniczna) i elektroniczny, taneczny kawałek. A jednak – jak mówiła noblistka (ale nie ta od „czułego narratora”) – nic dwa razy się nie zdarza. Hook aż tak nie wbija się w pamięć, nie ma ruchu który byłby aż tak memiczny jak potrząsanie dłońmi przy głowie. Na pocieszenie zostaje intensywna żółć kostiumów i fioletowe wizualizacje łączące w sobie Twin Peaks i vaporwave. Litwa raczej nie jest w tym roku faworytem do zwycięstwa, ale – jak śpiewała Anita Lipińska – wszystko się może zdarzyć. Finał pewny, w nim śmiało mogą celować w pierwszą dziesiątkę. I mają u mnie dozgonną wdzięczność za inspirację do onlajnowej imprezy urodzinowej.

Ana Skolič w zeszłym roku śpiewała o wodzie, w tym wystąpi z piosenką Amen, co może sugerować, że była to woda święcona (może się przydać, bo wśród konkurencji pojawi się zarówno El Diablo, jak i Fallen Angel). To w ogóle dość konfundujący tytuł, bo najbardziej eksponowanym słowem w piosence jest „Hallelujah”, którym wybucha refren. Wróćmy jednak do początku – ciemnego, w niskim rejestrze, tylko z towarzyszeniem głębokich dźwięków fortepianu. „Hey, child” śpiewa Ana, a my od razu myślimy Adele. Ale zaraz stwierdzamy, że jest coś jeszcze. Zaraz, czy ona próbuje udawać soulowy głos? Chyba tak, skoro potem w toku utworu pojawią się gospelowe chórki + obowiązkowy podjazd w górę i modulacja o pół tonu. Przynajmniej ta obietnica zostaje spełniona, bo żeby pozować na Adele Ana zwyczajnie nie ma głosu, refren jest stłumiony, a wokalistka próbuje to nadrobić wyciskając dźwięk z gardła. Brrr… Może to była po prostu zimna woda, albo jej kubeł wylany na nadzieje Słowenii. Bez szans na kwalifikację.

To chyba największy zawód tegorocznego Konkursu. Kiedy zeszłoroczni reprezentanci Rosji z Little Big wypuścili 8 marca piosenkę Sex Machine, która w zakończeniu teledysku nawiązywała do tego, promującego ich ubiegłoroczną propozycję Uno, byłem pewien, że ekscentryczna grupa powróci. Kiedy więc zobaczyłem, że kraj będzie reprezentowany przez Manizhę z piosenką Russian Woman moją pierwszą reakcją było: „wtf?” No bo co mam pomyśleć o rapowanej piosence kabaretowej w języku rosyjskim z etnicznym refrenem, której przesłaniem jest – rosyjskie kobiety są silne. Ale z czasem się nawet przekonałem. Głównie za sprawą samej Manizhy, która na scenie jest żywiołem i jest po prostu w stanie ten koncept sprzedać. Kiedy jeździ po scenie w przerośniętym kostiumie ludowym, kiedy wychodzi z niego jak z matrioszki, kiedy pracuje całą mimiką twarzy, ale też kiedy śpiewa, bo wokalnie jest bez zarzutu. I choć Manizha jest super, to jednak pamiętajmy, że reprezentuje Rosję, która śmieszna nie jest, a motywacyjne hasła wyświetlane w tle brzmią wyjątkowo fałszywie (szczególnie „be honest”). Czy po uwięzieniu Nawalnego i ostatnim zaostrzeniu relacji z Europą Russian Women da radę przekonać wystarczającą liczbę osób, by awansować do finału (że Rosja nie jest teflonowa pokazał rok 2018 i klapa z występem Julii Samoylovej). Myślę, że tak, bo rosyjskie kobiety wiele potrafią. Ale w finale piosenka już raczej przepadnie.

A skoro już jesteśmy przy Rosji – pamiętacie jak Polina Gagarina śpiewała w 2015 roku Million Voices? To teraz o milionie głosów śpiewa w piosence Voices Tusse ze Szwecji. I choć bardzo mnie zachwyca, że kraj jest już trzeci rok z rzędu reprezentowany przez Afroszwedów, a historia Tussego, który na scenę trafił przez obóz dla uchodźców jest niesamowita, to jednak trochę mi szkoda charakternych The Mamas. Gdy przesłuchałem piosenek z finału Melodifestivalen, czyli szwedzkich eliminacji do Konkursu, miałem przeczucie, że Tusse wygra. Dziś właściwie nie wiem, dlaczego. Czy chodziło o jego queerowy vibe? A może nieskazitelną produkcję piosenki – tak nieskazitelną, że właściwie przezroczystą. To typowy nowoczesny pop i właściwie nawet nie chce mi się jej analizować. Do tego Tusse ma pewne problemy z intonacją (co potwierdzają urywki z prób), nie rusza się też jakoś specjalnie (czasem wręcz można odnieść wrażenie, że przyspawano mu nogi do sceny). Wizualizacje z motywem wody są eleganckie, podoba mi się też motyw z ukrytymi w mroku tancerzami/wokalistami, którzy ujawniają się w trakcie piosenki. Ale przecież podobny zabieg widzieliśmy u Poli Genovy w 2016 roku. Szwecja od lat dominuje w Konkursie, odkąd pamiętam nie wypadła z pierwszej dziesiątki. To może być ten rok. Ale finał pewny.

A skoro jesteśmy przy możliwościach wokalnych – Montaigne z Australii to dla mnie jeden z najlepszych głosów w Konkursie. I jeden z niewielu przypadków, gdzie uważam, że podmiana piosenki wyszła na dobre. Zeszłoroczne Don’t break me było w porządku, ale dopiero Technicolour zdaje się w pełni pokazywać możliwości wokalistki. Zacznijmy od tego wysokiego rejestru, po którym bez problemów ślizga się w zwrotkach. Delikatność podkreśla instrumentacja z kluczową rolą dzwonków. Ale jednocześnie w głosie Montaigne drzemie siła – ten dualizm każe mi zresztą myśleć o Dolores O’Riordan z The Cranberries. Zatem kilka energicznych wykrzyknień i następuje transformacja – wokalistka przeobraża się w heroinę (zresztą w teledysku ten fragment ma wyraźne superbohaterskie konotacje). Do dziś nie wiem, dlaczego akurat Technicolour, ale kto by zwracał na to uwagę, gdy możemy się wsłuchać w metaliczno-syntetyczne uderzenie elektroniki i wszystko to, co dzieje się na dalszym planie w wysokim rejestrze. To jest produkcja, która jest jednocześnie nowoczesna i charakterystyczna! No, ale pod tym względem Australia nigdy nie zawodzi. Niestety, Montaigne jest jedyną kandydatką, która nie pojawi się osobiście w Rotterdamie, usłyszymy więc jej nagranie live-on-tape. Może to trochę osłabić jej szanse, ale mam nadzieję, że na finał ma wystarczająco dużo atutów.

Ostatni raz orkiestra na żywo akompaniowała solistom na Eurowizji w 1998 roku. Tym jakoś cieplej robi się na sercu, gdy ogląda się teledysk do Here I Stand Vasila (reprezentanta Północnej Macedonii) z ujęciami z sesji nagraniowej (obowiązkowo w maskach). Orkiestra przekłada się na lekko cukierkowe brzmienie piosenki – z miękkimi smyczkami, delikatną perkusją, fortepianem i sentymentalną waltornią. Właściwie początek brzmi jakby wyjęty z jakiegoś musicalu, w którym główny bohater nagle przechodzi w śpiew. Trochę się potem rozkręca, szczególnie z pojawieniem się gospelowego chóru, który moim zdaniem nieco burzy intymny charakter całej piosenki – to już po prostu za dużo grzybów w barszcz. W zeszłym roku obawiałem się, że Vasil może na żywo nie wyrobić wokalnie, ale urywki z prób pokazują ładny, pewny głos. W połączeniu z prostą inscenizacją, skupiającą się na soliście i światłem błądzącym w okolicach jego serca – wstydu na pewno nie będzie. Awansu do finału raczej też nie, bo to nie jest najciekawsza piosenka, ale – w Eurowizji czasem liczy się udział.

Story of my life Lesley Roy było jedną z moich ulubionych zeszłorocznych piosenek, choć nigdy nie znajdowała się w gronie moich faworytów. Po prostu lubiłem ją za bezkompromisową energię, szczyptę irlandzkiego rocka z lat dziewięćdziesiątych (czy to już drugie w tym podsumowaniu nawiązanie do The Cranberries?), pozytywny przekaz i VHS-owy teledysk. Maps właściwie ma wszystkie te same składniki. Dobry bit, szybkie tempo, wchodzenie na wysokie dźwięki, energetyczny refren. Prosta, a skuteczna. A jednak czegoś mi brakuje. Może tego beztroskiego „na-na-na-na-na-na” z zeszłorocznej piosenki? Ale jest jeszcze jedna sprawa. Głos Lesley na ostatnich występach brzmi naprawdę źle – zużyty, wyciskany, gardłowy, słaby. Dodatkowo inscenizacja wydaje się przekombinowana, na urywkach z prób wokalistka wydaje się być nerwowa, całość wygląda sztucznie. Może jeszcze uda się ten występ uratować, ale na razie nie wróżę Irlandii awansu do finału. Przy całej sympatii dla Lesley.

Kiedy Cypr stał się krajem latynoamerykańskim? Nie wiem. Ale to już trzecia ich latynoska w charakterze piosenka w ostatnich czterech latach. El Diablo Eleny Tsagrinou wyróżnia się jednak nowoczesną produkcją – mocnym, ciemnym (adekwatnie!) beatem, charakterystycznym staccatowym przedrefrenem, czy wreszcie mostkiem z głosami dziecięcymi, które potem słychać też w tle podczas ostatniego pokazu refrenu. I jeszcze te dwa wdechy, zanim wybuchnie. To wszystko sprawia, że muszę potraktować tegoroczną Cypryjską piosenkę z większym szacunkiem niż poprzednie. Z prób widać, że Elena ma dobry głos, a piosence będzie tradycyjnie towarzyszyła efektowna choreografia. Pewny finał i miejsce w pierwszej dziesiątce. Co nie zmienia faktu, że ciągle parskam śmiechem, gdy Elena kolejny raz powtarza „El Diablo”. I że wciąż śmieszą mnie oryginalne teledyski wytwórni Panik Records, zawierające lokowanie produktu (tym razem – szampon do włosów i lakier do paznokci xD).

Kamp is back! Kostium reprezentanta Norwegii z białym futrem, skrzydłami anioła, złotymi łańcuchami, okularami przeciwsłonecznymi i opaską z pseudonimem Tix na czole z pewnością przejdzie do Eurowizyjnego kanonu. Niektórych wzruszy też historia chłopaka z zespołem Tourette’a, który swoje przezwisko „tics” przejął jako swój artystyczny pseudonim. A sama piosenka? Fallen Angel jest jedną z tych piosenek, które składają się z samego refrenu – powiedzcie sobie szczerze pamiętacie z niej tylko „I’m a…, I’m a fallen angel”. Zwrotki wprawdzie są – nawet z ciekawym wejściem na dwugłos, podkładem z delikatnym foretpainowo-syntezatorowym motywem i dużą ilością pogłosu, z dynamizującymi perkusją i chórkami. Jest też mostek uderzający w eteryczny (anielski?) wysoki rejestr, ale przecież i tak czekamy na refren. Który zresztą wokalista bardzo dobrze śpiewa. Ogólnie jednak, to dla mnie nic szczególnego – jeśli kibicowałbym, żeby Tix wszedł do finału, to tylko po to, żeby powstały kolejne rozdziały jego korespondencyjnego romansu z Efendi.

Jeśli jesteśmy już przy eurowizyjnych memach, to w 2014 roku ukraińska piosenka Tick Tock zapisała się na zawsze w historii Konkursu wielkim kołowrotkiem, w którym biegał towarzyszący wokalistce performer. Tegoroczna chorwacka piosenka Tick Tock raczej nie będzie aż tak memiczna, ale zdobyła sobie wśród fanów pewną popularność, której zresztą nie do końca rozumiem. Ale to może dlatego, że mam wrażenie, że styl piosenki nawiązuje do popu lat dwutysięcznych (tylko czy to Britney, czy Christina, czy może jeszcze ktoś inny – sądząc po kostiumie, w którym występuje w finale, chyba jednak Britney), a ja wtedy nie słuchałem popu. No i nie mogę przymknąć ucha na to, że Albina ma głos płytki, nierezonujący, a gdy wykrzykuje swoje „oh, noooo!”, to wychodzi jej zazwyczaj pod dźwiękiem. Z drugiej strony Tick Tock to przyzwoity imprezowy banger, a mi szczególnie podoba się lekko ejtisowy syntezatorowy łącznik.

Hooverphonic wprawdzie powrócił do Konkursu, ale od zeszłego roku zdążył wymienić wokalistkę z Luki Cruysberghs na Geike Arnaert, która zresztą występowała z zespołem wcześniej. Nie wiem, jak na podmianie wokalistki, ale na podmianie piosenki belgijski zespół wyszedł jak na zamianie Kidawy-Błońskiej na Trzaskowskiego. The Wrong Place zaczyna się od razu w dobrym tempie, z szybkim gitarowym rytmem w tle, do tego ciemne głębokie akordy gitarowe, obsesyjne wstawki chóru i przejmujący kontrastowy refren z przeciąganymi sylabami. No i wielki plus za wykorzystanie cymbałów w tle, które dodają do niepokojącego klimatu całości. Teledysk bardzo dobrze wpasowuje się w ten klimat, niestety z tego co widziałem z oprawy scenicznej to zespół będzie sobie po prostu siedział i wokalistka stała między nimi. Wybaczcie, ale na tak mocno obsadzony pierwszy finał to za mało (Trzaskowski przecież też w końcu nie wygrał…). Cóż, potwierdza się teza, że flamandzka telewizja osiąga gorsze wyniki w Konkursie.

Jeśli ktoś czytał moje zeszłoroczne przewodniki po Niby-eurowizji, ten wie, że jedną z moich ulubionych piosenek była Feker Libi z Izraela. Z powodu tak wysoko ustawionej poprzeczki Set Me Free było początkowo rozczarowaniem. Ok, Eden Alene w pierwszych sekundach brzmi w niej niemal jak Beyoncé, ale całość szybko wpada w generyczny pop z bliskowschodnim twistem. Na szczęście piosenka została ztuningowana – przede wszystkim refren, który z urywanymi powtórzeniami stał się bardziej zadziorny (a jeszcze zwróćcie uwagę na ten smyczkowy podjazd w górę i podwójne klaśnięcie na zakończenie!), mostek zyskał więcej luzu (i ładny kontrapunkt wysokich dźwięków fortepianu), a już wejście na ostatni refren to już po prostu eksplozja energii. Dodajcie jeszcze do tego efektowne wejście na rejestr gwizdkowy pod koniec i wreszcie zejście do delikatnego piano – trudno się tej piosence oprzeć. Urywki z prób pokazują, że Eden dobrze radzi sobie wokalnie (także w najwyższym rejestrze), a do tego ma tyle scenicznego uroku, że jest w stanie kupić każdego. Gdy widzimy ją w upiętej misternej koronie na głowie, jawi się jako prawdziwa królowa tego Konkursu. I choć nie wróżę jej zwycięstwa, każdy inny wynik niż w pierwszej dziesiątce byłby zaskoczeniem. W zasadzie zaszkodzić może jej tylko eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. A skoro potępiłem już w tym tekście Rosję, to trzeba też potępić Izrael. Sprawa jest wprawdzie dużo bardziej skomplikowana i złożona, ale naloty odwetowe nigdy nie są rozwiązaniem pokojowym.

Właściwie to mógłbym zażartować, że skoro rok temu Roxen śpiewała „Alcohol you and I drank”, to nie powinno dziwić, że w tym roku jest Amnesia, ale temat piosenki reprezentantki Rumunii jest zbyt poważny na żarty. A to, że ktoś spożywał alkohol nie jest ani zaproszeniem, ani usprawiedliwieniem. Roxen natomiast to rumuński klon Billie Eilish, co widać przede wszystkim w luźnym stroju i kolorowych włosach, ale słychać też w głosie – niestety wyraźnie wspomaganym vocoderem i irytująco nosującym w celu nadania mu ciemniejszej barwy, która byłaby zbliżona do amerykańskiego pierwowzoru. Produkcja piosenki – jak przystało na klon Billie Eilish – jest bardzo nowoczesna, z mocnym elektronicznym basem, kontrowanym przez delikatny fortepian i wokalne echa. No i posłuchajcie podkładu w mostku! Oprawa sceniczna wydaje się efektowna z czerwoną mgłą, postaciami, które otaczają wokalistkę – same w poruszających białych strojach z odciśniętymi czarnymi rękami. A mimo wszystko nie wiem, czy to wystarczy na finał – w moim odczuciu wszystko rozstrzygnie forma wokalna Roxen.

W 2020 roku Efendi z Azerbejdżanu wcieliła się w Kleopatrę, tym razem odwołuje się do jeszcze odleglejszej figury z orientu – Mata Hari. Może zresztą słusznie, bo przecież Mata Hari była Europejką, jedynie przywłaszczającą sobie elementy indonezyjskiej kultury, którą poznała. W tegorocznej piosence bawią mnie nawiązania do zeszłorocznej „she’s like Cleopatra” – śpiewa Efendi w przedrefrenie, a sam refren poprzedza tajemnicza inkantacja, którą dobrze znamy z ubiegłorocznej Cleopatry. I choć lubimy piosenki, które już znamy, to przy graniu podobnymi tropami gdzieś gubi się świeżość. „Ma-ma-ma Mata Hari” z refrenu nie ma też dla mnie tej siły, co przeciągłe „La Cleopatrrrrra!” z zeszłego roku. Ale piosenka wciąż jest charakterystyczna, jej finał najpierw z etnicznym mostkiem, a potem dzikim gitarowo-perkusyjnym finałem – ekstatyczny. Z urywków z prób widać, że piosence będzie towarzyszyć efektowna choreografia, a Efendi potrafi sprzedać utwór. Z pewnością czeka ją lepszy los niż norweską Mata Hari z 1976 roku, która zajęła ostatnie miejsce. Tu będzie pewny awans do finału, a w nim – miejsce po lewej stronie tablicy. I tylko – skoro już poruszam w tym tekście wątki polityczne – boli mnie, że we wszystkich ostatnich wojnach hybrydowych (Osetia Południowa, wschodnia Ukraina i teraz – Górski Karabach) to ofiary wycofują się z Konkursu, a agresorzy uczestniczą w nim w najlepsze. Jeśli w ten sposób Eurowizja promuje ideę pokoju na świecie, to jest coś głęboko nie tak.

W zeszłym roku żartowałem, że piosenka Go_A jest jak z przepisu z ironicznego utworu Love Love Peace Peace. W tym roku reprezentanci Ukrainy postanowili pójść full Chernobyl – w teledysku nawet są przebitki na dawną elektrownię, zespół odwiedził też strefę wykluczenia. Generalnie estetyka to post-apo, steampunk, tańce korowodowe i harlem shake. Mieszanka wybuchowa. Sama piosenka Shum jest dużo ciekawsza niż zeszłoroczna – to właściwie mroczny elektrofolk. Od hipnotyzującego  początkowego  okrzyku, przez tłusty beat, kontrapunktujący dźwięk drumli, wpadająca w ucho melodia sopiłki w łączniku. Akcja nagle zostaje przerwana, prym przejmuje elektronika (dochodzą też wyższe rejestry) i sopiłka, a potem klaśnięcie i wybuch jakiegoś frenetycznego tańca. No i świetny efekt daje to ciągłe przyspieszanie tempa w połączeniu z rosnącym wolumenem. Szkoda, że oprawa sceniczna nie jest tak efektowna jak teledysk, szczególnie słabo wypadają wizualizacje z biegnącymi sylwetkami. Ale wydaje mi się, że Shum i bez tego ma wystarczająco dużo atutów na finał.

Malta w Eurowizji dwukrotnie zajęła drugie miejsce, ale jeszcze nigdy nie wygrała. W tym roku ma na to całkiem realne szanse. Że Destiny ma dobry głos i sceniczną charyzmę wiedzieliśmy już w zeszłym roku, ale wtedy nie zachwycała dość generyczna piosenka. Tegoroczna propozycja Je me casse jest jedną z bardziej wyrazistych w całym Konkursie. I nie tylko dlatego, że to kolejny już lekki i przekorny manifest female empowerment – to przecież dostaliśmy od Netty w 2018 roku. Maltańska piosenka jest mniej kampowa od zwycięskiej propozycji z Izraela. Zaczyna się funkowym rytmem gitary wspieranej przez perkusję, który od razu nadaje lekkiego, imprezowego charakteru. Nie mniej charakterystyczny jest refren z towarzyszeniem rytmicznego klaskania. Wreszcie instrumentalny łącznik z udziałem instrumentów dętych od razu wbija się uszy i każe się gibać. Najmniej może podoba mi się soulowy mostek, ale jednocześnie stanowi dla Destiny szansę do pokazania możliwości wokalnych. Jedyne pytanie, to czy na scenie uda się stworzyć oprawę, która połączy kilka tak różnych elementów piosenki. Z tego co widziałem, to nie, przynajmniej w porównaniu do ekstrawaganzy Izraela z 2018 roku. Ten jeden element może wpłynąć na to, że Malta podtrzyma passę drugich miejsc.

Pierwszy półfinał jest wyjątkowo mocno obsadzony i miałem wielki kłopot z wytypowaniem dziesięciu piosenek, które awansują do finału, bo chciałbym nominować aż dwanaście. Z tym zastrzeżeniem oto moje typy (tradycyjnie – w kolejności od największych szans do najmniejszych)

  1. Malta
  2. Litwa
  3. Cypr
  4. Szwecja
  5. Izrael
  6. Azerbejdżan
  7. Ukraina
  8. Rosja
  9. Chorwacja
  10. Rumunia
  11. Australia
  12. Norwegia
  13. Belgia
  14. Irlandia
  15. Północna Macedonia
  16. Słowenia

Te dwa kraje to oczywiście Australia i Norwegia. Serce kazałoby je wpisać na listę, ale rozum przekonuje, żeby postawić na Rumunię i Chorwację. Jeśli jednak któryś z tych pierwszych krajów awansuje kosztem drugich (lub Rosji), to nie będę miał nic przeciwko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *