Eurowizja 2021. Co wiemy po pierwszym i przewodnik po drugim półfinale

Tix z Norwegii przekonał mnie do siebie w pierwszym półfinale

8/10. Jak na rok przerwy w typowaniu i jak na wyjątkowo konkurencyjny półfinał, to nie jest źle, ale mogło być lepiej. Tyle wiem. Ale czego jeszcze dowiedziałem się po pierwszym półfinale?

  1. Najbardziej zadbany głos – Belgia. Kiedy słuchałem różnych występów często zżywałem się na fatalną emisję wykonawców. Prowadziłem kiedyś chór, więc wiem, jak bardzo ważne jest, żeby szanować swój aparat wokalny. Ewidentnie wie to też Geike Arnaert z Hooverphonic, bo choć była najstarszą wykonawczynią w całej stawce, jakości głosu mogłyby jej pozazdrościć dużo młodsze gwiazdy. Wciąż uważam, że piosenka jest średnia, a na scenie się nic nie dzieje (wyświetlanie fragmentów teledysku w tle, serio?), ale nie mam pretensję, że Belgia wyrzuciła z Konkursu np. Chorwację czy Rumunię, które śpiewały słabo i nieczysto.
  2. Największy fałsz – Szwecja. Chorwacja i Rumunia przynajmniej nie awansowały, natomiast w pewnym momencie zacząłem się poważnie zastanawiać, czy awansuje jeden z pewniaków, czyli Szwecja. Przy całej sympatii dla Tussego i jego poruszającej historii, śpiewał po prostu słabo. W finale nie przewiduję sukcesu.
  3. Najlepszy głos – Malta. Destiny po prostu zmiotła scenę swoim głosem. Pewność, moc, energia. Czego chcieć więcej. I nawet słaba oprawa sceniczna (kto wpadł na to, że drążek baletowy będzie fajnym elementem scenografii?!) mi nie przeszkadzała. To jest faworytka do zwycięstwa.
  4. Najlepsze show – nie do końca wierzyłem w piosenkę Tiksa, ale gdy zobaczyłem ją na wielkiej Eurowizyjnej scenie, to się przekonałem. Kostium, scenografia, choreografia, wizualizacje, dym. A co oni zrobili ze światłami! Nic dziwnego, że następnego dnia ciągle podśpiewywałem „I’m a, I’m a fallen angel”.
  5. Najbardziej poruszający moment – Rosja. Tix był tutaj mocny kandydatem w momencie, gdy zdjął swoje przyciemniane okulary i pokazał jak w niekontrolowany sposób mruży oczy – artysta ma syndrom Tourette’a. Ale bardziej mnie przytkało, gdy w rosyjskiej piosence wszedł refren, a na ekranie pojawiły się rosyjskie kobiety w całej swojej różnorodności. I tylko nie wiem, czy końcowy okrzyk „Are You ready for a change? We are the change!” dotyczy tego, że Rosja ma się zmienić, czy może oznacza: „Idziemy po was!”.

Drugi półfinał szykuje się znacznie mniej zacięty. Tak, jak w poprzednim odcinku chciałem awansować aż dwanaście piosenek (wciąż szkoda mi Australii), tak tutaj mam problem, żeby wskazać dziesięć. Ale zanim podejmę się tego zadania, poznajmy kandydatów.

W poprzednim odcinku zastanawiałem, kiedy Cypr stał się krajem latynoamerykańskim. W tym zagadka brzmi: od kiedy San Marino leży na bliskim wschodzie? Bo właśnie w stronę orientu kierują nas pierwsze dźwięki Adrenaliny Senhit. Instrumentalny łącznik pojawia się w piosence jeszcze wielokrotnie, nadając jej dynamicznego etnopopowego charakteru. Tempo jest na tyle szybkie, że skłania do podrygiwania, melodia stosunkowo łatwa do zapamiętania, nawet mostek z udziałem rapera Flo Ridy jakoś mi nie przeszkadza. To nie jest wybitna piosenka, ale jednocześnie trudno nie czuć do niej, a zwłaszcza do jej wykonawczyni, sympatii. Teledysk to eksplozja kolorów, urywki z prób pokazują, że kolorowo będzie i w Rotterdamie. Ale jednak tancerze w obcisłych maskach zasłaniających twarz są lekko niepokojący i zdają się nie pasować do pozytywnego charakteru piosenki. San Marino zazwyczaj ma problemy z wejściem do finału. Nie tym razem.

Estonia ma zdecydowanie swój ulubiony typ piosenki: facet śpiewa smętny utwór. Najlepiej o rozstaniu albo miłości. Do tego stopnia opanowali ten idiom do perfekcji, że właściwie mogą zaoszczędzić na oprawie scenicznej i co roku wysyłać tę samą. Dwa lata temu Victor Crone miał w tle wizualizacje z piorunami, w tym roku ma je Uku Suviste. Jego piosenka The Lucky One jest tak leniwie napisana, że cząstka B zwrotki to równocześnie materiał melodyczny refrenu. Hej, widać Estonia jest Europejskim leaderem w recyclingu. Uku ma głos lekko wyciskany ze ściśniętego gardła, nie zawsze jest precyzyjny intonacyjnie. No cóż, skoro lubimy powtórki – Estonia po raz kolejny nie wejdzie do finału.

Wciąż nie mogę wyjść z wrażenia, jak dobrze Czechy nauczyły się Eurowizji. Piszę to co roku, ale to dlatego, że mam nadzieję, że kiedyś wreszcie Polska pójdzie śladem swoich południowych sąsiadów. W zeszłym roku Benny Cristo zaproponował dość poruszający utwór o trudnym dzieciństwie w przytłaczająco białym kraju. W tym temat jest bardziej uniwersalny – śpiewa do dziewczyny, żeby do niego wróciła. To, co wspólne dla obu utworów – to dynamiczna taneczna forma. Omaga (właściwie to „Oh, my God”, ale Benny odnosi się tu do afrykańskiego akcentu) zaczyna się od w miarę spokojnego pokazu refrenu, ale dźwięk tarki z początku oraz uderzenia drewienek w tle nie tylko sugerują etniczny kontekst, ale też zapowiadają dynamiczny ciąg dalszy. I faktycznie – zaraz potem wchodzi beat tłusty jak czeska kuchnia. Gdy już Benny odpali taneczny vibe, to zatrzymuje się tylko na chwilę na bridge z fortepianowym akompaniamentem, ale zaraz potem wraca na parkiet. Urywki z prób pokazują, że impreza będzie trwała w najlepsze też na eurowizyjnej scenie. I to nie jakieś wystudiowane choreografie w stylu Cypru czy Chorwacji. Czesi będą tańczyć super, ale na luzie. Zresztą chyba nie może być inaczej, bo od Benny’ego bije taki wyluz i zdaje się być tak sympatyczny, że gdybym był adresatką słów: „why don’t you come over and have it”, pobiegłabym w podskokach. Utwór z miejsca trafia na moją eurowizyjną playlistę i bez większych problemów – do finału. A tam – kto wie? Może i pierwsza dziesiątka?

Stefania (a może raczej jej producenci) jest najwyraźniej bardzo wkręcona w fantastykę. W zeszłym roku była Supergirl, w tym idzie o krok dalej i odlatuje na czarnym pegazie, żeby uratować świat przed potopem (ani chybi z topniejących lodowców – reprezentantka Grecji mieszka w Holandii, więc to całkiem realna perspektywa). Ubiegłoroczną piosenkę krytykowałem za zbyt niską tessiturę i głupie dodatki „uh-na-na”, na które piosenkarce wyraźnie brakowało oddechu. Tym razem wszystko już gra. Najpierw mroczne uderzenie basu wprowadza nas w nadprzyrodzony klimat, orientalizujący motyw dęty (to duduk czy któryś z greckich instrumentów) dodaje nutę niepokoju. A zaraz potem gitara akustyczna zaczyna nadawać rytm, który potem przejmują bębny, linię melodyczną podwaja fortepian i wreszcie to instrumentacyjne crescendo doprowadza nas do dyskotekowego refrenu (ze smyczkami podbijającymi mocne części taktu). A druga zwrotka z mocnym beatem i ponownym uderzeniem basu podoba mi się jeszcze bardziej. Oczywiście, trochę naiwnie jest napisana ta piosenka, formalnie prościutka. Ale Stefania ma głos, ruchy i wygląd, żeby tę piosenkę sprzedać. Finał murowany, a w nim – lewa strona tablicy.

Zaraz, zaraz, czy w tym zestawieniu nie było już piosenki pod tytułem Amen? Była? Tytuły im się skończyły czy co?! Ok, nikt nie powinien się pastwić nad Słowenią i Austrią, kto pamięta dwie piosenki Warrior z 2015 roku. Zresztą – ustaliliśmy już, że słoweńska piosenka powinna się nazywać „Hallelujah”. Z kolei Vincent Bueno z Austrii ewidentnie nie śpiewa hebrajskiego słowa, którym zwyczajowo kończy się modlitwy, tylko zwraca się do znajomego „Hey, man”. No, posłuchajcie tylko: czy „Hey, man. Tell me is this, what you wanted?” nie brzmi logiczniej niż „Amen. Tell me is this, what you wanted?”. Może dyktował tekst piosenki przez telefon i rozpoznawanie mowy źle zadziałało? Piszę o tytule, bo nie wiem, co napisać o piosence, która składa się tylko z refrenu. Serio, zwrotki są tak bardzo nijakie, że trudno je w ogóle zauważyć. I krzykliwy refren tak bardzo się od nich odcina, że w ogóle zapominamy, że było coś wcześniej. A było. Cicho, spokojnie, z obowiązkowym fortepianowym akompaniamentem. A potem – z obowiązkowym chóralnym mostkiem. Vincent miał w zeszłym roku całkiem fajną piosenkę, ale w tym – to dla mnie chyba najsłabszy utwór w stawce.

Kiedy TVP zwlekała z ogłoszeniem nazwiska polskiego reprezentanta na Eurowizję byłem przekonany, że zastanawiają się czy dać kolejną szansę wybranej przed rokiem Alicji Szemplińskiej czy może postawić na triumfatorkę Junior Eurovision Roksanę Węgiel, która akurat skończyła 16 lat i mogłaby reprezentować kraj w dorosłym konkursie. W życiu nie pomyślałbym, że polska telewizja postawi na Rafała Brzozowskiego, który przecież bezskutecznie startował w Krajowych Eliminacjach w 2017 roku, a do tego przecież „ma co robić”, jak dowiemy się z poświęconego mu filmu Klocucha. No cóż – w ostatnich latach mogło się wydawać, że polska telewizja wiele rzeczy nie zrobi, a jednak zrobiła… Mimo całego tego wstawania z kolan TVP zamówiło eurowizyjną piosenkę u szwedzkich producentów. Dostarczyli utwór poprawny, wpisujący się w końcówkę ejtisowej nostalgii dyskotekowym beatem i brzmieniem syntezatorów. Oczywiście Blinded by the lights to to nie jest, ale w porządnym wykonaniu dałoby się posłuchać. No właśnie – wykonanie. Jeśli nawet w piosence słychać, że Brzozowski ma głos słaby, płaski, że w wyższym (bo przecież nawet nie wysokim!) rejestrze się okropnie męczy, że zjada końcówki, a samogłoski śpiewa z brzydką, otwartą emisją, to boję się, co będzie na żywo. To znaczy, wiem co będzie – klapa. No dobrze, ale Eurowizja to też show, więc może będzie miał fajną oprawę sceniczną? Jeśli wyświetlenie teledysku (kręconego w Muzeum Neonów w Warszawie) w tle, to nasza idea wizualizacji, to daleko nie zajdziemy. W porządku, to może chociaż choreografia? Hahah, zobaczcie jak Brzozowski w programie The Voice Kids w pewnym momencie (około 1:40) nie wie, co ma ze sobą zrobić i zaczyna… taniec robota. Może więc zamiast niesłusznie samozadowolonego faceta, trzeba było wysłać którąś z dziewczyn?

Na tle wielu młodych uczestników Eurowizji Natalia Gordienko jest prawdziwą weteranką, ponieważ reprezentowała Mołdawię już w 2006 roku. Może też dlatego w przeciwieństwie do Albiny, gdy nawiązuje do popu lat dwutysięcznych sięga po bardziej dojrzały wzorzec, czyli Madonnę. W jej piosence Sugar znajdziemy tę samą mieszankę słodyczy (zgodnie z tytułem piosenki), uwodzicielstwa (posłuchajcie tego syreniego nawoływania w przedrefrenie), ale też prowokacji i pewności siebie. Piosenka zaczyna się bez zbędnych wstępów, wokalista zaczyna prawie solo, dopiero po chwili dołącza beat, druga część zwrotki z charakterystycznymi uderzeniami podprowadza nas pod instrumentalny łącznik z udziałem instrumentów dętych, który jest najbardziej charakterystycznym motywem całej piosenki. Teledysk wygląda bardzo apetycznie i już zacierałem ręce na tańczące rożki na scenie w Rotterdamie. Tymczasem przebitki z prób pokazują słabe geometryczne wizualizacje, i tancerzy w marynarach i z gołymi klatami. Niby też fajnie, ale – Mołdawio, gdzie moje rożki?! Z tańczącymi rożkami byłbym pewien finału, a tak, to nie wiem. Niejedzenie cukru staje się coraz bardziej popularne.

Na eurowizyjnej scenie może wystąpić do sześciu osób. Jeśli sam śpiewasz i tworzysz swoją muzykę, to kogo ze sobą zabierzesz? Dodatkowych wokalistów? Tancerzy? Akrobatów? Daði Freyr postanowił wziąć żonę, siostrę, znajomą, która dobrze śpiewa i dwóch kumpli. Generalnie – tak trzeba żyć. Po drodze zresztą okazało się, że na scenie będzie w sumie siedem osób, bo żona Daðiego jest w ciąży. Reprezentanci Islandii w ubiegłym roku byli jednymi z faworytów do wygrania całego konkursu. W tym stoją niżej w notowaniach chyba dlatego, że wyczerpał się trochę efekt świeżości, który wnieśli rok temu. A może też zeszłoroczne Think about things było nieco bardziej charakterystyczne i memiczne niż 10 Years? Tak czy inaczej mamy tu wciąż tę samą radosną syntezatorowość, a inteligentne żarty z eurowizyjnych klisz grupa postanowiła rozszerzyć w tym roku o dodanie smyczkowego wstępu i dziecięcego chórku. A przecież wciąż zostają zabawne kostiumy, prosta i śmieszna choreografia, ośmiobitowe wizualizacje (tym razem bardziej rozbudowane – grupa przygotowała też własną grę komputerową). No i sympatyczny, rodzinny przekaz. Czego tu nie lubić? Tym bardziej szkoda, że z powodu wykrycia COVID-19 u jednego z członków grupy, nie wystąpią oni na żywo w Konkursie i obejrzymy jedynie nagranie z próby. Nie powinno im to jednak przeszkodzić w awansie do finału i zajęcia dobrego miejsca w pierwszej dziesiątce. Na wygraną może być jednak za mało. A szkoda, bo pojechać na Eurowizję i na Islandię byłoby cudnie.

W zeszłym roku porównywałem zespół Hurricane do Spice Girls. W tym wydaje mi się, że celują bardziej w Destiny’s Child (popatrzcie tylko na stroje, fryzury, układ na scenie), ale umówmy się – celują, nic więcej. Serbia za to chyba pozazdrościła Cyprowi i też złożyła podanie o przyjęcie do krajów Ameryki Łacińskiej. I nie chodzi tylko o hiszpańskojęzyczne słowo w tytule, ale też klimat, który zapowiada już elektroniczny, dyskotekowy wstęp z przetworzonym głosem. Wykonawczynie mają sporo pewności siebie, więc kiedy w zwrotkach mają okazję do solówek, od razu pokazują swój charakter, a w refrenie robi się jeszcze intensywniej. No i mój ulubiony cytat: „Babe, babe, babe – czemu drama?” To jest dobre motto! Podobał mi się nawet kolorowy teledysk, tym bardziej byłem rozczarowany, że na scenie w Rotterdamie będzie czarno-biało. Ale trójka wokalistek powinna i ze skromną oprawą wywołać taki huragan, że zapewnią sobie miejsce w finale. Ale tam już raczej bez szału.

Gruzja od lat robi w Konkursie to, na co akurat ma ochotę, nie oglądając się na wyniki. Szacunek. Tornike Kipiani bardzo dobrze się w to podejście wpisuje i po zeszłorocznej progrockowej balladzie, teraz serwuje nam coś bardziej mellow i sentymentalnego. I ja wiem, że ta piosenka You szoruje po dnie różnych fanowskich zestawień. Ale tylko posłuchajcie tego instrumentacyjnego crescenda – najpierw tylko gitara akustyczna, i jakiś klawisz (Hammond?), przy powtórce dochodzi gitara elektryczna i perkusja, potem zmienia się materiał, dochodzą smyczki, wchodzi chór, wreszcie z efektem wiatru przechodzimy do ostatniego pokazu trzeciego motywu, a Tornike wreszcie używa mocnego głosu znanego z zeszłorocznej piosenki. I tylko – tak jak w ubiegłym roku – mam wrażenie, że trzy minuty dla gruzińskiego artysty to za mało, że on chciałby jeszcze tę formę z minutę pociągnąć. No trudno, zasady Konkursu są nieubłagane. I raczej końcowy werdykt też będzie nieubłagany. Bez szans na finał, ale u mnie – bez wstydu.

Tak jak Estonia ma swój ulubiony typ faceta śpiewającego smętną piosenkę, tak Albania uwielbia wokalistki śpiewające power ballady, nierzadko z etnicznym twistem. Nie inaczej jest i w tym roku. Karma swój etniczny charakter ujawnia nie tylko w instrumentarium między innymi ze smyczkami i cymbałami, ale też w melizmatach refrenu. Zabierzmy jednak ten element, a usłyszymy balladę w starym starym stylu, która mogłaby zabrzmieć kiedyś na festiwalu w Opolu, Sopocie, albo na fajfach w sanatoriach. I próba lekkiego miksowania i unowocześnienia tego brzmienia w mostku wypada co najwyżej śmiesznie. Mimo to Anxhela Peristeri ma mocny i pewny głos, jeśli wytrzyma presję, to może i nawet ma szansę na finał? Ale raczej nie.

Portugalia swój jedyny raz w konkursie wygrała piosenką w stylu retro, więc czemu nie spróbować ponownie? Tym razem trafiło na zespół Black Mamba i bluesową balladę Love in on my side. Zaczyna się smyczkowo-waltorniowo jak musicalowy numer ze starych lat. Wokalista silnie nosuje, żeby oddać pewną charakterystyczną dla tego typu muzyki manierę wokalną. Ale jednocześnie śpiewa czysto, choć może nie ma największego głosu. Piosenka jest w sumie dość powtarzalna, szczególnie refren. Niby dochodzą różne instrumenty, dodatkowe głosy wokalne, a frontman zespołu w pewnym momencie udaje, że gra solówki na gitarze elektrycznej (na Eurowizji instrumenty nie są nagłośnione, cały dźwięk idzie z taśmy). To chyba jednak za mało, żeby powolna i dość konwencjonalna, nawet jeśli urocza piosenka zadziałała szerszej publiczności na wyobraźnię. W zestawieniach fanowskich jest w ogonie stawki, nie wierzę, by Czarna Mamba mogła się choć zbliżyć do sukcesu Salvadora Sobrala. A nawet do finału.

Dobrze, to może na początku zaznaczę, że Bułgaria może być pewna awansu, a Victoria bardzo dobrze śpiewa. I skoro to już mam za sobą, to mogę trochę pohejtować jej piosenkę. Posłuchajcie tylko tego smyczkowego wstępu – co to za kiczowate tremolko na zakończenie?! I jeszcze takie suche, bez wibracji, szybko zerwane. Z nagraniami smyczków mam w ogóle w tej piosence problem, bo potem pizzicato też brzmią strasznie sztucznie, bez powietrza. Ostatni raz tak złe pizzicato chyba słyszałem, jak sobie robiłem audiację w Finale (dlatego nie wykluczam, że w produkcji piosenki użyto sampli, a nie instrumentów). Piosenka jest o upływie czasu, więc słyszymy tykanie zegara – nawet fajne. Na scenie będzie też przesypujący się piasek. Gdy słyszymy wokalizy dodatkowych głosów też robi się miło, ale nie wiem, czy te kryształowe uderzenia fortepianu w pierwszym refrenie, to już nie za bardzo cukierkowe… Ale zanim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić, chórki wchodzą już z tak przesłodzonym uh-uh, że aż mdłym. No i potem obowiązkowo wchodzą szerokie smyczki, perkusja, chór, a w zakończeniu zostajemy z samą Victorią. I niby wszystko się to ładnie składa, piosenka prawidłowo się rozwija i ma rozmach. Ale czy ten rozmach nie jest zbyt wielki, jeżeli mamy uwierzyć w osobisty przekaz piosenki? Czy głos Victorii nie jest zbyt gładki? Nie wiem, ale czuję w tym jakąś sztuczność. Ładny, ale bibelocik.

Pisałem już wcześniej, że w latach dwutysięcznych nie słuchałem popu, ale był mi on w gruncie rzeczy obojętny. Natomiast popularnym stylem, którego wówczas wprost nie trawiłem był NU Metal, który zdawał się łączyć w sobie najbardziej oczywiste i tandetne elementy hip-hopu i ciężkiego brzmienia. I kiedy już myślałem, że styl ten odszedł w słuszne zapomnienie, Finlandia w eliminacjach do Konkursu wybrała zespół Blind Channel z piosenką Dark Side. Słucham i nie wierzę – przecież to brzmi trochę jak Limp Bizkit czy inny Linkin Park (zawsze mi się te zespoły myliły), a w tych fragmentach, kiedy wchodzą na dwugłos – czy to nie przypomina System of a Down? No cóż, widocznie dzisiejsze pokolenie już-nie-gimnazjalistów musi popełnić te same błędy, co moja generacja dwadzieścia lat temu… Mamy tu wszystko – wstęp z hip-hopowym podkładem, zdzieranie głosu, rapowanie, dyszenie w tle. No i dużo skakania. Skakanie musi być. Wokaliści jakoś nie zachwycają, szczególnie gdy w mostku muszą po prostu zaśpiewać. Ale skaczą fajnie. Mojego zdania o tym stylu nie zmienią, ale skoro nasza kultura zjada swój własny ogon w cyklach dwudziesto–trzydziestoletnich, to Finlandia może liczyć na awans choćby ze względu na oryginalność tegorocznej propozycji.

„The Queeeeeeeeen!” – nie wiem, jak wy, ale ja jestem już przekonany po pierwszym zaśpiewie Samanty Tiny. Ale może po kolei. Łotwa oczywiście też ma swój typ, czyli mocno elektroniczne piosenki. Samanta miała już startować w zeszłym roku. Wtedy zwracała na siebie przede wszystkim uwagę oprawą sceniczną odnoszącą się do prac domowych. W tym już piosenka nie jest tak memiczna, a mimo to utwór podoba mi się bardziej. Połączenie kaczuchowatej elektroniki, klaskania, beatu, refren z „pa-ra-ra” – proste, ale satysfakcjonujące. Ale już hiszpańska w charakterze gitara w drugiej zwrotce jest pewnym zaskoczeniem. Mostek z zawołaniami i odpowiedziami jest całkiem wciągający, a potem już dochodzimy do ostatniego refrenu. Może i Samanta nie ma najlepszego głosu, ale ma w sobie jakąś niezwykłą wewnętrzną siłę, która szczególnie dobrze pasuje do tej emancypacyjnej piosenki. Urywki z prób pokazują, że Łotwa na wizualizacjach nie oszczędziła, więc na finał może wystarczyć.

Gjon’s Tears był jednym z faworytów zeszłorocznego konkursu. I tak jak w wielu podobnych przypadkach pisałem, że może minął efekt świeżości, że może piosenka nie jest tak dobra, to tutaj nie ma nic z tych rzeczy. Ale to może dlatego, że wokalista od początku bazował na niezwykłej urodzie i wrażliwości swojego głosu. To jedno z ciekawszych brzmień tego konkursu – zarazem delikatne, kruche, czasem brzmiące jakby wręcz na granicy płaczu. A jednocześnie przecież tak pewne, tak silne. Gjon śpiewa doskonale, na żywo już kilka razy pokazał, że ten górny rejestr, w który wchodzi to nie autotune, tylko jego prawdziwe możliwości. I w przeciwieństwie do Victorii brzmi szczerze – też dlatego, że piosenka jest bardziej oszczędna, powściągliwa. Na początku mamy tylko sam fortepian, w pierwszym refrenie dochodzi dyskretny syntezator, który dodaje trochę wymiaru kosmicznego (w końcu piosenka jest o wszechświecie). W drugiej zwrotce dochodzi perkusja, ale dopiero drugi refren wybucha z mocą, także dzięki dodaniu chórków. Ale zaraz wracamy – mostek zamiera nie tylko cofnięciem się do gołego fortepianowego akompaniamentu, ale też powtarzanym opadającym motywem melodycznym. Tym mocniej uderza ostatni pokaz refrenu, gdzie Gjon trzyma długi, wysoki dźwięk. Jeśli nie jesteście poruszeni, to macie serce z kamienia. Pewniak w finale i jeden z faworytów do wygranej. Nie jestem tylko przekonany, czy geometryczna czarno-biała oprawa sceniczna dobrze służy piosence. Zobaczymy.

O żesz, co to za sewentisowy Schlager?! Wstęp jak z Boney M., a reszta – jak z większości Eurowizyjnych piosenek z tamtej dekady. Do tego dyskotekowy puls, gitara elektryczna, dęte, fortepian, chórki. Wokalista, który wygląda jak konkubent matki protagonisty z KAŻDEGO brytyjskiego serialu. I jeszcze neonowe geometryczne wizualizacje (Co jest w tym roku z tymi geometrycznymi wzorami? To już któryś z kolei!). Jesper Groth z Fyg og Flamme śpiewa przyzwoicie, ale myślę, że Øve os på hinanden to będzie tylko taki sentymentalny akcent na zakończenie półfinałów i na tym etapie pożegnamy się z Danią.

No dobrze, to trzeba z tego zbioru wybrać finałową dziesiątkę. Oto moje typy (tradycyjnie – od największych szans na awans po najmniejsze).

  1. Szwajcaria
  2. Islandia
  3. Bułgaria
  4. Grecja
  5. San Marino
  6. Czechy
  7. Serbia
  8. Finlandia
  9. Łotwa
  10. Mołdawia
  11. Albania
  12. Portugalia
  13. Dania
  14. Austria
  15. Polska
  16. Estonia
  17. Gruzja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *