Płytomaniak. Niezależne labele: Nasze Nagrania

Wyznawałem już nieraz, że bardzo lubię małe festiwale. W świecie nagrań płytowych odpowiednikiem małych festiwali zapewne są niezależne labele. Tak się akurat złożyło, że po jednym z małych festiwali, a konkretnie łódzkiej Musice Privacie, napisał do mnie Suavas Lewy, prowadzący niezależne wydawnictwo płytowe Nasze Nagrania, z pytaniem, czy nie napisałbym paru słów o najnowszym albumie wydanym przez NN. Chętnie się zgodziłem, bo przecież niezależne labele lubię, przy czym zastrzegłem, że może to trochę potrwać, zanim zbiorę się do recenzji. Czas na niby-tygodniku biegnie wszak swoim torem: każdy wie, że w jednym roku mieszczą się pięćdziesiąt dwa tygodnie, lecz nawet ja nie mam pojęcia, ile w tym samym czasie upływa niby-tygodni.

W przesyłce, którą dostałem od Suavasa ostatecznie znalazły się dwie płyty: Morświnem autorstwa samego Lewego oraz Zweiheitsmusik Bogusza Rupniewskiego, za którym stoi duo Małgorzata Bogusz-Cyganowska (wiolonczela) oraz Michał Rupniewski (skrzypce). Skoro zaś od czasu, gdy wyjąłem przesyłkę ze swojej skrzynki, minęło tak strasznie dużo czasu (lecz przysiągłbym, że raptem trzy-cztery niby-tygodnie), pomyślałem, że tekst będzie bardziej portretem NN niż recenzją wspomnianych płyt.

Nazwa „Nasze Nagrania” wyjątkowo trafnie oddaje pewną charakterystyczną dla wydawnictwa „naszość” czy „swojskość”. Nie chodzi tu tylko o to, że wydawnictwo skupia wokół siebie głównie artystów łódzkiej sceny w różny sposób związanych z centralną postacią całego przedsięwzięcia, czyli Suavasem. Chodzi tu również o zakorzenienie w specyficznym miejscu i czasie. Pierwsza wydana przez NN płyta Dźwięk-Budu 11.11.11/11:11/11 11 11 dotyczy nagrań dokonanych przy okazji specjalnego wydarzenia, którego konkretna data i godzina wpisane zostały w tytuł albumu. Kolejne wydawnictwo grupy, Ostre noże, porusza temat ryneczków i targowisk, tak ważnych miejsc w życiu lokalnych społeczności. Jeszcze silniej w lokalności zakorzeniony jest album Zweiheitsmusik, przenoszący nas do świata Bogusza Rupniewskiego, muzykanta z przedwojennego Grembachu – niewielkiego łódzkiego osiedla parterowych ceglanych baraków (zagadką pozostaje dla mnie, jakie znaczenie dla muzyków mają również wspomniane na płycie „Wiązowa” czy „Przejazd”). Wreszcie Morświnem wykorzystuje nagrania zagrożonych bałtyckich waleni udostępnione dzięki uprzejmości Stacji Morskiej w Helu.

„Naszość” Naszych Nagrań przejawia się jednak przede wszystkim w tym, że rejestrują „naszą muzykę”, „muzykę prywatną”. Znamienna jest charakterystyka Edwarda Kruka, który wydał w NN płytę Grytviken: „Tajemniczy bard z Olsztyna, w niepowtarzalny i ekscytujący sposób interpretujący piosenki żeglarskie. W jego wykonaniach czuć, że śpiewa o rzeczach, które przeżył i doświadczył na własnej skórze”. „Prywatną” muzykę morświnów praktycznie podsłuchujemy dzięki Suavasowi Levemu, który przetworzył je na pasmo słyszalne dla ludzkiego ucha. Na tle statycznego, niemal dronowego tła słychać czasem delikatne popiskiwanie, to znów nieco głębsze zawodzenie. Z ostatnim krzykiem głos morświna rozpływa się w pogłosie. Odpłynął. Oby nie na zawsze.

„Prywatność” przebija również z płyty Bogusza Rupniewskiego, na której zdajemy się jakby podsłuchiwać muzyka poszukującego: zarówno szukającego ciekawych efektów brzmieniowych i „głosów” na swoim instrumencie (w improwizację zostały pięknie powplatane zgrzyty i nieczystości tak charakterystyczne dla amatorów), jak i szukającego swojego muzycznego głosu wśród muzyki przeszłości. Znajdziemy tu odwołania zarówno do muzyki ludowej, Passacaglii na skrzypce solo Heinricha Bibera czy siedemnastowiecznego cerkiewnego chorału O Presviataya Mariye Devitse. Wszystko to podlega nieustannemu zniekształcaniu, zanieczyszczaniu czy dekomponowaniu, niczym muzyka słuchana ze zużytej płyty lub taśmy, która zacina się lub zgoła wkręca się w magnetofon. Sporo jest w tym albumie nostalgii, lecz być może właśnie dzięki temu nie brzmi on jak kolejna płyta z muzyką improwizowaną, ale słychać w nim ton głęboko osobisty, indywidualny.

Podoba mi się także, w jaki sposób na płycie łączą się ze sobą oba instrumenty. Czasem rozwarstwiają się aż nienaturalnie, jak w Przejeździe, gdzie słyszymy je wyizolowane, każdy w osobnym kanale. Innym razem granice między nimi zacierają się, jak w – przecież solowej – passacaglii z Pasakal i ja, czy w O Presviataya Mariye Devitse, gdzie głos obu instrumentów znakomicie się nakłada, a grające w górnym rejestrze skrzypce niemal niezauważalnie dobarwiają i rozjaśniają brzmienie wiolonczeli.

Nasi są zawsze spoko i takie też są Nasze Nagrania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *