Dziennik kwarantanny, cz. 8

Wczoraj wysłaliśmy do drukarni podwójny numer „Ruchu Muzycznego”, więc nagle wpadłem w ten stan, który wiele osób pewnie dobrze zna, gdy po intensywnej pracy nad jakimś projektem nagle pojawia się przestój i wpadamy w pustkę. Tak więc wpadłem dziś w tę pustkę, ale że natura nie znosi próżni, to w tę pustkę z każdej strony zaczął się wlewać koronawirus. Dzwonią znajomi czy rodzina – koronawirus, otwierasz wiadomości – koronawirus, przeglądasz facebooka – koronawirus. Wiecie, o co mi chodzi. No rozumiem, to ważny temat, ale kiedy siedzisz sam w zamknięciu i w niepewności, czy tego wirusa masz czy nie masz, chciałoby się na chwilę choć o tym temacie zapomnieć (do wczoraj ratowała mnie praca). Istnieją jeszcze jakieś inne treści w tym świecie, miejmy taką nadzieję przynajmniej, że będzie istniał jakiś świat po tej pandemii i coś się będzie w nim działo. Niech przynajmniej muzyka nie kręci się wokół wiadomego tematu. Dlatego chciałem w tym miejscu mocno zaprotestować przeciwko sonifikowaniu koronawirusa!

Sonifikacje te (chyba nawet parę) udostępniło jakiś czas temu zaprzyjaźnione pismo o muzyce współczesnej (wiecie, jedno z tych… jedynych). Tak, wiem, że na fali ostatniego numeru o muzyce i medycynie. Tak, wiem, że w tymże numerze jest rozmowa z Carlem Michaelem von Hausswolff o sonifikacji danych, a szczególności wirusów. Wiem, że von Hausswolff prezentował bonifikację wirusa HIV w Sokołowsku. I co z tego? Byłem w Sokołowsku, wynudziłem się na tej sonifikacji za wszystkie czasy.

Bo o co w ogóle chodzi z tą sonifikacją? O udźwiękowienie w określony sposób określonych danych. Udźwiękowić można wszystko, łącznie ze starym kaloszem (różne jego właściwości da się przecież przenieść na konkretne liczby) czy pracą własnych jelit (z tym akurat eksperymentował kompozytor Karol Nepelski). Sonifikacja często jest stosowana w różnego rodzaju urządzeniach kontrolnych i pełni wówczas funkcję sygnalizacyjną. Radar czy czujnik parkowania działa na zasadzie sonifikowania odległości od nas danego obiektu lub przeszkody. Skoro więc udźwiękawiać można wszystko, to  pytanie „co udźwiękawiam?” staje się wtórne wobec tego „po co?”. Ważne też jest oczywiście „jak?”, które gwarantuje satysfakcjonujący rezultat artystyczny.

Von Hausswolff przyznaje uczciwie: „Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł intuicyjnie zrozumieć, o czym jest kompozycja, nad którą pracuję. Potrzeba tytułu, aby coś zacząć rozumieć”. Ok, czyli sonifikacje wirusów nie pełnią funkcji komunikacyjnej. To po co w takim razie są? No i tu zaczyna się moment grubej ściemy, bo von Hausswolff kontynuuje: „Ale kiedy już się go pozna i dowie, co słyszy, z pewnością można nabrać nieco innej perspektywy rozumienia wirusa”. Że co?! Że ktoś niby lepiej zrozumie wirusa słuchając abstrakcyjnych dźwięków powstałych w wyniku sonifikacji łańcuchów białkowych jego DNA? Och, ten biedy wirus jest taki niezrozumiany. Gdyby go ktoś wreszcie posłuchał, to na pewno moglibyśmy się jakoś dogadać… Nie. Sonifikacja jest po prostu narzędziem, czasem dość wygodnym, generowania muzyki na podstawie bez danych. A udźwiękowienie czegoś chwytliwego i działającego na wyobraźnię (jak wirusy) gwarantuje zainteresowanie słuchaczy naszą pracą. Och, więc to tak brzmi ten wirus? Nie. Sonifikacja to nie jest amplifikacja, czyli nagłośnienie danego dźwięku. Sonifikacja fal mózgowych to nie jest to, „co nam w głowie gra”, tylko dźwiękowa reprezentacja częstotliwości fal.

I tu wracamy do pytania: po co w takim razie sonifikować? I tu podam dwa przykłady sonifikacji, w których to narzędzie zostało wykorzystane w jakimś konkretnym celu, obydwa z przeglądu sztuki SURVIVAL (choć z różnych lat). W instalacji datastasis N. C. Honghoona Chunga, Alejandra Van Zandt-Escobara i Alperena Şahina sonifikacji poddane były bazy danych materiału genetycznego (czyli znów sekwencje białkowe), ale już sposób udźwiękowienia łączył się semantycznie z samym udźwiękawianym obiektem, bowiem przypominał odgłosy aparatury medycznej. Ważny był też sposób prezentacji.  W pomieszczeniu były powyrywane kartki z atlasu markerów genetycznych – ciągi niezrozumiałych znaków. Muzyka nie tyle „pozwalała lepiej zrozumieć”, co właśnie potęgowała nasze niezrozumienie tego zjawiska.

Inny przykład to Clicks of Monetization Patryka Lichoty, który działa na zasadzie prostych sygnałów. Ruch wykresów giełdowych uaktywnia poszczególne lampy, w których kloszach ukryto monety, które pod wpływem tego impulsu zaczynają brzęczeć. Zasada jest więc prosta – jakaś giełda idzie w górę, komuś nabija się kabza i brzęczą miliony monet. Gdyby te poszczególne lampy podpisać, to otrzymalibyśmy całkiem czytelne narzędzie do śledzenia światowych rynków, ale to nie jest wcale konieczne. No i jak efektowana jest strona wizualna tej instalacji!

Na tym kończę swój rant przeciwko sonifikacji wirusów. Trzymajmy korona wirusa daleko od muzyki, a my trzymajmy się daleko od niego. Ja staram się, jak mogę. Bądźcie zdrowi i jedzcie czosnek, bo on z kolei pomaga trzymać ludzi na dystans.

One comment to “Dziennik kwarantanny, cz. 8”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *