Dziennik kwarantanny, cz. 1

No więc tak. Zostałem objęty kwarantanną.

Wszystko zaczęło się niewinnie, od bodaj najcudowniejszego festiwalu, na jakim byłem. Przy czym owa cudowność przede wszystkim przejawiała się w szacunku o trosce o dobro drugiego człowieka (do tego stopnia, że przed każdym filmowanym wydarzeniem informowano, gdzie siadać, jeśli ktoś nie chce być rejestrowany!); w dążeniu do stworzenia festiwalu otwartego i przyjaznego dla wszystkich. Artystycznie bywało różnie, ale nie zabrakło naprawdę wstrząsających propozycji programowych jak „Sweet tooth” – performans dotyczący niewolnictwa w brytyjskich koloniach na karaibach, który pokazała Elaine Mitchener.

W tym czasie liczba zarażonych w Norwegii sukcesywnie rosła – przekroczyła pięćdziesiąt, sto, potem dwieście osób. Na festiwalu jednak wszędzie był dostępny płyn do dezynfekcji rąk, z którego korzystałem przy każdej możliwej okazji. Dla dodania sobie otuchy, wzmocnienia odporności i – przede wszystkim – przypomnienia sobie zasad postępowania wobec epidemii regularnie słuchałem sobie wietnamskiej piosenki o koronawirusie, która zaleca mycie rąk (to już robiłem), nie dotykanie oczu, nosa i ust (cholernie trudna sprawa!) oraz unikanie dużych zgromadzeń (na to nie pozwalała mi praca – przyjechałem relacjonować festiwal, a miejsca koncertów wprost pękały w szwach).

Po powrocie dalej planowałem uczestniczyć w życiu koncertowym. Szczególnie szykowałem się na koncert graindelavoix 12 marca z materiałem ze świetnego albumu „La Maddalena” (zresztą była to pierwsza płyta zespołu, którą słuchałem). Kusił mnie też koncert Simone Kermes 11 marca, choć absurdalnie drogi – wszystkie bilety po 200 zł. Ale czy ktoś słyszał, jak Kermes śpiewa „Poker face” Lady Gagi na ostatniej płycie „Inferno e paradiso”? To jest naprawdę coś innego. Tymczasem kolejne wydarzenia muzyczne zaczęły być odwoływane, plany działu koncertowego w „Ruchu Muzycznym” topniały szybciej niż lodowce w Arktyce i groziło mi zostanie redaktorem działu koncertowego bez koncertów. Ostatnie wydarzenia muzyczne miały miejsce 11 marca (i z tego dnia będziemy mieć recenzję koncertu z Filharmonii Narodowej!).

Tegoż dnia wieczorem wróciłem do domu z redakcji (koncert Simone Kermes jednak odwołali w ostatniej chwili), wykonałem jeszcze jakiś ważny telefon, po czym patrzę – o, wiadomość! Jak ją przeczytałem, to mnie trochę zmroziło. Wiadomość wysłały linie lotnicze. U pasażera, który leciał tym samym lotem wykryto koronawirusa. Mam powiadomić o tym lokalne władze. No dobrze, ale które? Dzwonię na infolinię NFZ, na połączenie czekam dobre 45 minut. Konsultantowi, gdy mu przedstawiam swoją sprawę, mam wrażenie, że udziela się pewna nerwowość. Każe mi nigdzie już nie wychodzić i rano zadzwonić do powiatowej stacji sanepidu (bo epidemia epidemią, ale pracują w godzinach 8:15-15:15). Rano dzwonię na sanepid. Pierwszy numer zajęty, z drugim nie łączy, trzeci zajęty, udało się za czwartym razem. Pani przy telefonie rzeczowo pyta się o datę i numer lotu, nazwę linii, czy powiadomiłem już pracodawcę (tak, od razu poprzedniego dnia), czy mieszkam sam. Spisuje moje dane teleadresowe. Każe zostać w domu, mierzyć temperaturę, mają się ze mną kontaktować.

Od tej pory czekam w zawieszeniu. Minister zdrowia dziś obwieszczał, że wszystkich objętych kwarantanną mają poddać testom. Podobno po mieście jeżdżą karetki i robią wymazy do badań. Za oknem rzeczywiście słychać sygnały jakby częściej (a może to tylko mi się tak wydaje? Podobnie jak obsesyjnie sprawdzam, czy aby na pewno nie mam objawów), ale widocznie jeszcze nie po mnie. Sprzątam mieszkanie, bo tak radzi wietnamska piosenka, żeby nie zwariować, zajmuję się pracą. Redaguję m.in. tekst o urodzinach radiowej „Dwójki” i wykonaniu „Music for Airports” Briana Eno. Biorąc pod uwagę, w jaki sposób zostałem objęty kwarantanną, stan pewnego zawieszenia, a także potrzebę spokoju, jaką dziś odczuwam, pierwszy ambientowy album Eno jest całkiem trafnym wyborem. W wersji oryginalnej, ale jeśli komuś podoba się aranżacja Bang on a Can All-Stars, to nie będę rzucał kamieniem.

Żyję. Mam się dobrze. Będę nadawał dalej!

3 comments to “Dziennik kwarantanny, cz. 1”
  1. Czy jest może szansa, że pojawi się również podsumowanie ostatniej Eurowizji? Tak mi brakowało wtedy po finale… 🙁

    • Chyba byłem tak zawiedziony tym, jak bardzo moje przewidywania się nie sprawdziły, że zrezygnowałem z podsumowania. Ale jeśli w tym roku odwołają lub przesuną Eurowizję, to o czymś w maju trzeba będzie pisać.

  2. Rozumiem… zatem czekam na wpisy dotyczące zeszłorocznej lub tegorocznej Eurowizji i na bieżąco zadowalam się Dziennikiem kwarantanny i życzę dalszego „mania się dobrze” i nadawania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *